Wyczytałem w Gazecie Wyborczej, że na Uniwersytecie Gdańskim próbowano założyć ośrodek gender studies, czyli studiów nad płcią i równością. Senat uczelni był temu przeciwny, a najostrzej protestował znany z konserwatywnych poglądów prof. Jarosław Warylewski, dziekan wydziału prawa. Powiedział on m.in.:
Nauka powinna być neutralna światopoglądowo, ideowo, płciowo. Prowadząc badania, zakłada się, że pozytywny rezultat badań naukowych zapewnia pełna neutralność na każdej płaszczyźnie. Inaczej jest to propaganda, nie nauka.
Trudno mi tu nie zgodzić się z profesorem. Często mam wrażenie, że powstające jak grzyby po deszczu ośrodki gender studies i rozmaite badania prowadzone pod hasłami nauki o wolności, z równością w gruncie rzeczy mają niewiele wspólnego, a raczej stanowią propagandę tzw. poprawności politycznej. Trudno mi traktować poważnie opracowania Biblii polegające na zmienianiu płci bohaterek, czy też analizę bajki o Kopciuszku czy Królewnie Śnieżce z feministycznego punktu widzenia.
Profesor Warylewski powiedział jednak również coś innego:
Jeśli powstaną gender studies, to ja otworzę centrum badań nad pedofilią.
Jeśli potrzeba stworzenia ośrodka gender studies po to, by powstało centrum badań nad pedofilią z prawdziwego zdarzenia, to warto chyba pójść na takie ustępstwo. Niemniej obawiam się, że profesor miał na myśli coś innego. Domyślam się, bo oczywiście wiedzy tu mieć nie mogę, skoro nie siedzę w głowie pana dziekana, że tą wypowiedzią Warylewski chciał przekazać, iż pomysł powołania ośrodka gender studies jest równie bezsensowny jak ośrodka badań nad pedofilią, że gender studies i badania nad pedofilią to taka sama szarlataneria i wyrzucanie pieniędzy w błoto. I tu już pojawia się kłopot. Takie poglądy u dziekana wydziału prawa renomowanej publicznej uczelni są już bowiem niepokojące. Oczywiście, profesor, jak każdy człowiek, ma prawo mieć takie poglądy, jakie chce. Pytanie tylko, czy powinien wkładać je w głowy przyszłych prawników…
RSS Feed
Twitter

Posted in
Tags: 