Swego czasu w programie “Tomasz Lis na żywo” redaktor Tomasz Terlikowski ze świętym oburzeniem zareagował na, skądinąd nieprzyzwoite i niemądre, sugestie znanej pisarki Manueli Gretkowskiej, że bije dzieci. Terlikowski z oburzeniem mówił, że nigdy nie uderzył swojego dziecka. I chwała mu za to. Jego oburzenie wskazuje, iż uważa bicie dzieci za, jak to w naszej kampanii “Bicie jest głupie” powiedział prof. Jerzy Bralczyk, “bicie dzieci jest nikczemne”. Gdyby bicie dzieci było dobre, to przecież redaktor Terlikowski nie oburzałby się, prawda? Jednocześnie jednak, w tym samym programie, ów publicysta z zapałem występował przeciwko zakazowi bicia dzieci, a za to za prawem rodziców do takiego postępowania.
Piszę o tym, bo bardzo często odnoszę wrażenie, że zdaniem wielu ludzi, dziecko to taki dziwny twór – “przyszły człowiek”. Dziecko nie jest ich zdaniem jeszcze pełnoprawnym człowiekiem, dopiero pod wpływem wychowawczego oddziaływania rodziców, polegającego również na daniu klapsa, dziecko dorośnie i stanie się człowiekiem. Przypominają mi się w tym momencie słowa Janusza Korczaka:
Nie ma dziecka, jest człowiek.
Tak, choćby się to niektórym w głowie nie mieściło, dziecko to człowiek i przysługuje mu cały kanon praw, które określamy mianem praw człowieka. Wśród tych praw jest również prawo do nietykalności osobistej. Jakoś nikt nie postuluje, by kłócących się posłów marszałek sejmu dyscyplinował klapsem.
Wracam do tematu bicia dzieci, jako że ostatnio znów rozpętało się piekło wokół Ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, nad którą pracuje sejm. Dziennikarze, głównie z Rzeczpospolitej oraz Faktu rzucili się jak sfora wściekłych psów. Tym razem zainteresowały ich trzy tematy. O, dziwo jakoś tematyka bicia dzieci tym razem ich nie zainteresowała.
Pierwsza sprawa, to problem przemocy psychicznej. Tu odzywał się mój ulubiony ekspert od wszystkiego, czyli autor, skądinąd dość nudnych według mnie, książek fantastycznych Rafał Ziemkiewicz, ładnie nawiązując do wcześniejszych wypocin niejakiego Bronisława Wildsteina, o których pisałem wcześniej. Zdaniem obu panów, znanych jako wybitni eksperci w dziedzinie pedagogiki (jak i każdej innej, w której postanowią zabrać głos), ustawa zabroni rodzicom wychowywać dzieci. Biedny rodzic nie będzie mógł zwrócić dziecku uwagi, by nie siorbało przy stronie lub umyło ręce, bo zostanie to uznane za poniżanie, czyli przemoc psychiczną. Nie wiem, w jakiej formie obaj panowie zwracają uwagę swoim dzieciom, jeśli w tej samej formie, w której Wildstein chciał motywować syna do nauki (“jesteś głąbem”), to faktycznie może być problem. Mogę sobie wyobrazić (Tak, tak, panowie, naprawdę, mogę! Wiem, że to szokujące!) formy zwrócenia uwagi, które nie poniżają. Niesamowite, prawda?
W publicystyce, głównie “Rzeczpospolitej” pojawiło się określenie “sądy kapturowe”, które ma dotyczyć zespołów interdyscyplinarnych, których tworzenie nakazuje ustawa. Już wybitny polski pedagog Aleksander Kamiński (tak, ten Kamiński) pisał o metodzie grupowej w pracy socjalnej, tzn. o tym, że za pracownikiem socjalnym powinien stać cały zespół zadaniowy. Podejście to zwane jest niekiedy polską szkołą pracy socjalnej. Praca ta wymaga bowiem wiedzy z różnych dziedzin oraz zadań leżących w kompetencji różnych podmiotów. Współpraca taka, o paradoksie!, w Polsce od dawna kuleje. Istnieje wiele podmiotów mających w swoich kompetencjach rozmaite działania związane z przeciwdziałaniem przemocy w rodzinie oraz interwencją w sytuacji, gdy przemoc taka się pojawia. Podmioty te wielokrotnie podejmują jednak działania wzajemnie sprzeczne, nieskoordynowane, pojawia się również między nimi element niezdrowej rywalizacji. Fakt, że ustawa wprowadza obowiązek tworzenia zespołów interdyscyplinarnych, ma sens.
Niepokój budzi też to, że zespół taki ma gromadzić dane o rodzinach objętych pomocą. A tak po ludzku: jak zespół ma koordynować pracę bez gromadzenia wiedzy o tym, co dzieje się w objętej pomocą rodzinie, o tym, jakiej pomocy jej udzielono?
No, i wreszcie element ostatni spośród tej fali ataków na ustawę. Chodzi oczywiście o przepis, który daje pracownikowi socjalnemu prawo zabrania dziecka z rodziny na ściśle określony czas w sytuacji przemocy, zagrożenia życia lub zdrowia bez postanowienia sądu. Rozumiem emocje, które ten przepis wywołuje. Zabranie dziecka musi zawsze być ostatecznością. W ostatnim czasie media informowały o przypadkach, gdy odebrano dziecko bez sensu. Najgłośniejszy przypadek to historia Róży odebranej rodzicom. Warto jednak przypomnieć w tym kontekście kilka spraw:
- Opisane przez media historie miały miejsce przed wejściem w życie nowych przepisów, bo te nie zostały jeszcze uchwalone, ergo to nie te przepisy stanowią zagrożenie.
- Decyzję o odebraniu dziecka podejmował sąd rodzinny. Problem nie leżał więc w pracownikach socjalnych podejmujących samodzielne decyzje bez postanowienia sądowego.
- Już dziś w sytuacji zagrożenia życia lub zdrowia pracownik socjalny nie tylko może, ale wręcz powinien, zabrać dziecko z domu rodzinnego; nowe przepisy nie stanowią więc wielkiej rewolucji.
Nie tak dawno jedna ze stacji telewizyjnych realizowała reportaż z warszawskiej Woli. Sąsiedzi zaalarmowali policję, że na zewnętrznym parapecie drugiego piętra jednej z kamienic bawi się małe dziecko. Okazało się, że w mieszkaniu, o ile można to, co tam zastano, nazwać mieszkaniem, jest matka. Tyle że w sztok pijana. Media słusznie krytykowały odebranie Róży rodzicom. Mogę sobie jednak wyobrazić, jak krytykowałyby pracowników socjalnych, policję i całe państwo, gdyby nie zareagowano i nie zabrano dziecka z Woli do czasu wytrzeźwienia matki i gdyby temu dziecku stało się coś złego. Demagogia? Nie. Ciągle słyszymy o nieodpowiedzialnych, głównie pijanych, rodzicach, którzy zostawiają dzieci bez opieki i narażają je na zagrożenie.
Często słyszę: “rodzina to świętość”, “wara od mojego domu”, “na progu mojego domu kończy się władza państwa”. Rozumiem, że państwo ma nie przekroczyć progu domu osób to mówiących również, gdy im samym stanie się krzywda? Czy tylko wtedy, gdy będą bić żonę lub dziecko?





Po najnowszą książkę