Archiwum dla tagu ◊ premier ◊

Po debacie u premiera – nie będzie cenzury?
Saturday, February 06th, 2010 | Autor: Jakub Śpiewak

Zapowiadana debata premiera z internautami odbyła się. Oczywiście, z premierem spotkali się tylko niektórzy, oczywiście uczestnicy tej debaty nie stanowili reprezentacji internautów. W ogóle trudno mówić o internautach – wszak to po prostu są obywatele RP. Oczywiście, jak to u nas bywa, pojawiło się w sieci sporo szamba: obrzucano wyzwiskami nie tylko premiera, ale i Maćka Budzicha, autora bloga Mediafun.pl i organizatora debaty, a także jej uczestników: dobór osób nie taki, pytania nie takie, ilość zacytowanych pytań z internetu nie taka (swoją drogą, większość raczej nie nadawała się moim zdaniem do cytowania w przestrzeni publicznej). Tutaj można znaleźć roboczy zapis debaty.

Być może pomysł debaty był trickiem wizerunkowym wymyślonym przez doradców premiera. Wcale by mnie to nie zdziwiło. Ale i tak mnie to cieszy. Wskazuje bowiem, iż zdaniem rządzących wizerunkowo korzystne jest rozmawianie z ludźmi, spotykanie się z nimi, słuchanie ich opinii. Być może premier był sztuczny, wiele osób mu to w końcu zarzuca. Wolę jednak taką sztuczność niż spontaniczność poprzedniego premiera, który zapewne powiedziałby protestującym, iż stoją tam, gdzie stało ZOMO, nie są z AK, a ich babcie były w KPP. Nawet jeśli wsłuchiwanie się w “vox populi” to tylko PR i poprawność polityczna, to ja już wolę taki PR i poprawność niż otwarte olewanie. A mam wrażenie, że jednak nie był to tylko trick wizerunkowy.

Jeśli ktoś spodziewał się rozróby, to się zawiódł. Rozmowa była kulturalna, choć czasem trudna. Dla niektórych będzie to zapewne powód, by uznać, iż działały siły nieczyste, cenzura, a wszystko było ustawione. Ja jednak, przyznam, obawiałem się czegoś odwrotnego i cieszę się, że było tak, jak było. Źle by się stało bowiem, gdyby się miało okazać, że oto przyszli blogerzy i obrażali premiera, bo nikt nie traktowałby nas poważnie.

Co udało się ustalić? Przepisy związane z hazardem będą dalej procedowane, zgodnie z planem, ale w ciągu najbliższych dni urzędnicy ustalą, jak usunąć z nich te zapisy, które dotyczą Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych. To nie znaczy, że premier wycofał się całkowicie z tego pomysłu. Zawiesza jednak prace nad nimi i podejmie dyskusję społeczną o tym, jak osiągnąć zamierzone cele – czyli jak walczyć z e-hazardem, pornografią dziecięcą i phishingiem w taki sposób, by nie rodziło to obaw o naruszanie podstawowych praw obywatelskich. Trudno było oczekiwać, że premier ot tak uzna, że się mylił. Ważne jednak, że zgodził się zawiesić kontrowersyjne zapisy i zgodził na dyskusję. Od nas zależy, czy będziemy umieli przekonać rządzących do innych zapisów.

Kolejna ważna obietnica to to, że rząd zrobi przegląd wszystkich projektów ustaw, które dotyczą, choćby pośrednio internetu, wstrzyma prace nad nimi i skieruje je do ponownych konsultacji społecznych. To dobrze. Protest przeciwko cenzorskim zapisom może bowiem przerodzić się w szeroką debatę o rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, do czego wzywał Jarosław Lipszyc z Fundacji “Nowoczesna Polska”.

Kolejną obietnicą jest stworzenie dostępnego w sieci systemu pozwalającego każdemu śledzić na bieżąco prace legislacyjne rządu. W czasie debaty Piotr Vagla Waglowski przekonywał premiera, że transparentność procesu legislacyjnego to najlepszy sposób na ochronę przed nieuczciwym lobbyingiem, którego premier ponoć tak się obawiał, że aż ograniczył konsultacje społeczne.

Mam wrażenie, że nie do końca jeszcze do nas dotarło, co tak naprawdę się wydarzyło. A wydarzyło się coś niezwykle istotnego. Oto bowiem zadziałały, dzięki internetowi, mechanizmy społeczeństwa obywatelskiego. Zapisy ustawy wywołały protesty. To się zdarza. Protesty te były na tyle silne, że rząd nie mógł jej ignorować. Nie dlatego, że obawiał się zdemolowania miasta, jak to mają w zwyczaju robić górnicy. I to już jest różnica. Internauci, czyli grupa wydawałoby się – mocno niezorganiz0wana, zdołali wymusić konstruktywną reakcję szefa rządu. Co ważne – byli w stanie odpowiedzieć na zaproszenie. A spotkanie, które w efekcie się odbyło, ma być początkiem nowych konsultacji. Minister Michał Boni mówił wręcz o “opcji zerowej” w konsultacjach społecznych. W dodatku jest duża szansa, iż będą to konsultacje z obywatelami, a nie z organizacjami pozarządowymi czy branżowymi, które wszak do reprezentowania obywateli nie mają upoważnienia. To ogromne zmiany. Obyśmy ich nie zmarnowali.

Premier zaproponował nam rozmowę o tym, jak skutecznie walczyć z pornografią dziecięcą, nielegalnym hazardem, phishingiem, spamem. To ciekawa propozycja. Na hazardzie się nie znam, na phishingu i spamie też. Propozycje związane z pornografią dziecięcą postaram się jednak zaprezentować. Oczywiście – w sieci :)

zdjęcia wykonał Jan Rychter

Manipulacja pod płaszczykiem
Thursday, February 04th, 2010 | Autor: Jakub Śpiewak

Dość długo zastanawiałem się, czy wypowiadać się na temat rządowych planów utworzenia Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych. Skoro jednak sprawa dotyczy internetu, a jestem internautą, skoro dotyczy problemu pornografii dziecięcej, a tym problemem w końcu zajmuję się jako szef fundacji, to doszedłem do wniosku, że wypowiedzieć się powinienem i chcę. Impulsem do tego była debata na antenie Polsat News, w której wziąłem udział. Udział w tej debacie zmusił mnie bowiem do tego, by przemyśleć sobie dokładnie, jaki właściwie mam do tej sprawy stosunek.

No, to po kolei. Po wybuchu tzw. afery hazardowej rząd wymyślił sobie całkowity zakaz hazardu online i zapisał w ustawie utworzenie rejestru stron, do których dostęp operatorzy musieliby blokować w ciągu 6 godzin od momentu wpisania. Do rejestru miałyby trafiać strony z pornografią dziecięcą, hazardem i phishingiem. Rejestr miałby być prowadzony przez Urząd Komunikacji Elektronicznej, a o wpisanie strony do niego miałyby wnioskować np. Policja i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Projekt ten nie był konsultowany społecznie. Po pierwszej fali protestów rząd zmienił projekt, wprowadzając zasadę, iż o wpisaniu decydować miałby sąd, a dokładniej wyznaczony wydział sądu okręgowego w Warszawie. Nie jest to krok wielki, ale przynajmniej tyle zostało zmienione, iż to nie urzędnik, nie policjant, czy oficer ABW, ale jednak niezawisły sąd miałby decydować o tym, czy coś trafi na indeks.

Rządowy projekt wywołał ogromną burzę, również w internecie. I słusznie zresztą. Premier Donald Tusk odpowiedział na ostrą krytykę internautów listem z obietnicą debaty. Wokół bloga MediaFun.pl prowadzonego przez Macieja Budzicha powstała inicjatywa ZapytajPremiera.pl, czyli rozpoczęły się przygotowania internautów do debaty z szefem rządu. I to jest pierwszy ważny i pozytywny element tej całej historii. Oto bowiem internauci zaczęli się organizować, wyrażać głośno swoje opinie, zmuszając rządzących do wysłuchania ich głosu. W mojej ocenie to niezwykle istotne zdarzenie – jest to bowiem klasyczny przykład funkcjonowania tzw. społeczeństwa obywatelskiego. Do debaty ma dojść 5 lutego o godzinie 14.00 i ma być ona na żywo transmitowana online.

Reszta historii Rejestru pozytywna już jednak nie jest. Mamy tu bowiem kilka ważnych i niepokojących spraw:

  1. Politycy znów próbują decydować za nas o tym, co jest dla nas dobre, a co złe. Prawdę mówiąc problem hazardu ani mnie ziębi, ani grzeje, ale nie rozumiem, dlaczego Pan Premier, z całym szacunkiem dla niego, ma mówić dorosłym ludziom, czy mogą przegrać swoje własne pieniądze w wirtualnym kasynie. A już nie rozumiem, dlaczego w wirtualnym nie mogą, ale mogą pójść i ten sam majątek przegrać w kasynie realnym. Coś mi się zdaje, że Panu Premierowi nie chodzi o moje dobro, ale o to, że te wirtualne kasyna na ogół nie płacą w Polsce podatków…
  2. Znów rządzący wymyślają kontrowersyjne przepisy, ograniczające w dodatku swobody obywatelskie, nie konsultując ich z obywatelami. Ja rozumiem, że sami tych rządzących wybraliśmy, ale to nie znaczy, że daliśmy im prawo decydowania za nas w pełni. Jeśli polityk dochodzi do wniosku, że on wie lepiej, co jest dla mnie dobre niż ja sam, to jest to dla mnie sygnał jasny, że w kolejnych wyborach lepiej na niego jednak nie głosować. I, sądząc po komentarzach w sieci, do podobnego wniosku doszło wielu wyborców miłościwie nam rządzącej partii.
  3. Znów proces stanowienia prawa jest niejasny i nietransparentny. Dość powiedzieć, że na stronie Ministerstwa sprawiedliwości podmieniano uzasadnienie do projektu ustawy. Pisał o tym Piotr Waglowski w swoim serwisie. Nikt nie umie też wyjaśnić, dlaczego przepisy dotyczące ochrony przed phishingiem albo walki z pornografią dziecięcą znajdują się w ustawie związanej z hazardem.
  4. Po raz kolejny rządzący nie słuchają ekspertów – blokady wynikające z utworzenia rejestru da się obejść. Ci, którzy będą chcieli, szybko się tego nauczą.
  5. Znów rządzący wymyślają pomysł, którego skuteczność jest, delikatnie to ujmując, wątpliwa, ale kosztami jego realizacji chcą obciążyć przedsiębiorców, czyli operatorów internetu, a ci z kolei tymi kosztami poprzez ceny usług obciążą klientów. Mówiąc krótko – za niewydarzone eksperymenty wszyscy będziemy musieli zapłacić.

Mnie uderzyło w tym wszystkim jeszcze jedno. Otóż, po raz kolejny instrumentalnie potraktowano dzieci i problem pornografii dziecięcej. Umieszczenie tego problemu w ustawie hazardowej to pewna forma szantażu moralnego. Ma bowiem stawiać przeciwników ustawy w sytuacji, w której sprzeciwiają się wdrażaniu rozwiązań, które miałyby chronić dzieci, czyli przyprawia się im gębę zwolenników dostępu do pornografii dziecięcej. Czyli co? Każdy, kto jest przeciw tej ustawie to pedofil? Takie zagrywki są po prostu nieprzyzwoite. Problem krzywdzenia seksualnego dzieci jest zbyt poważny, by posługiwać się nim do gier politycznych i do takich manipulacji.

Jedna jeszcze rzecz mnie zadziwia. Oto bowiem pojawia się projekt ustawy, która de facto tylnymi drzwiami wprowadza cenzurę, a ja nie słyszałem w tej sprawie jasnego głosu Rzecznika Praw Obywatelskich. No, tak, zapomniałem. Dr Janusz Kochanowski zajęty jest świńską grypą i pozywaniem państwa do sądu.

Kastrować czy nie kastrować – oto jest pytanie
Thursday, September 11th, 2008 | Autor: Jakub Śpiewak

Na fali informacji na temat “polskiego Fritzla” politycy powrócili do tematu tzw. kastracji farmakologicznej. Premier Donald Tusk zapowiedział, że chce jej wprowadzenia, zaraz potem wypowiedział się minister sprawiedliwości, a po nim głos zabrała również Ewa Kopacz, minister zdrowia.

Zanim przejdę do problemu owej “kastracji farmakologicznej”, to chciałbym odnieść się do pewnej części wypowiedzi Donalda Tuska, bo trudno pozostawić ją bez komentarza. Pan premier, pytany o problem praw człowieka w kontekście przymusowej kastracji, był łaskaw powiedzieć:

“Wobec takich indywiduów, takich kreatur, nie można zastosować terminu człowiek.”

Rozumiem emocje, jakie wywołuje sprawa z Siemiatycz. Rozumiem emocje, jakie większość z nas odczuwa wobec sprawców krzywdzenia dzieci. Ale od premiera, gdy wypowiada się publicznie, oczekiwałbym rozumu i odpowiedzialności. Premier nie może o grupie obywateli, nawet takich, wypowiadać się w sposób podważający prawa człowieka. Właśnie poszanowanie praw człowieka odróżnia nas od “kreatur”. Nie wierzę zresztą, iż była to kwestia emocji, jestem głęboko przekonany, że premier wypowiedział się w pełni świadomie, po prostu “pod publikę”.

Pomysł “kastracji farmakologicznej” powraca co jakiś czas jak bumerang, bo jest nośny medialnie. Samo określenie jest jednak już bardzo mylące. Kastracja to proces z definicji nieodwracalny. To, co politycy proponują, to terapia farmakologiczna, a nie żadna kastracja. Polega na podawaniu pacjentowi leków obniżających popęd seksualny. Jest to proces całkowicie odwracalny. Leki działają bowiem tak długo, jak długo pacjent je przyjmuje. Po ich odstawieniu popęd szybko wraca do normy. Politycy, opowiadając ochoczo przed kamerami o przymusowej terapii, nie informują, jak zamierzają zmusić kogoś, kto już zakończył odbywanie kary, do przyjmowania leków, nie narażając przy tym siebie i państwa na przegrane procesy przed Trybunałem Praw Człowieka.

Opowiadanie o przymusowej kastracji jest atrakcyjne medialnie. Mówienie o tym, co naprawdę trzeba zrobić, tak atrakcyjne już nie jest. To żmudna praca, a tej politycy nie lubią. A co trzeba zrobić?

  1. Trzeba zreformować cały system resocjalizacji w zakładach karnych, a właściwie po prostu go stworzyć. Nie wystarczy zamknąć pedofila na 3 lata w więzieniu, bo wyjdzie i wróci do swojego procederu. Trzeba zapewnić mu terapię jego zaburzenia w czasie odbywania kary. Terapia obejmuje: psychoterapię, terapię behawioralną i terapię farmakologiczną. Niezwykle ważne jest, by ten czas, gdy sprawca jest w dyspozycji państwa, siedząc w więzieniu, wykorzystać na to, by wypracować w nim chęć leczenia się. Od tej chęci zależy w dużej mierze skuteczność terapii, zwłaszcza, gdy wyjdzie on na wolność.
  2. Trzeba stworzyć system leczenia po odbyciu kary, czyli ośrodków terapeutycznych. Warto przy tym pamiętać, że terapia w nich nie może być odpłatna, gdyż osoby, która właśnie wyszła z więzienia, nie stać na płacenie, bo nikt nie chce zatrudniać byłego więźnia, zwłaszcza pedofila.
  3. Trzeba pamiętać, że na razie mówimy tylko o osobach, które już skrzywdziły dziecko i zostały na tym złapane. A co z całą resztą? Dzięki działaniom Narodowego Funduszu Zdrowia nie ma już w Polsce sieci poradni seksuologicznych. Trzeba tę sieć poradni odtworzyć, kształcić specjalistów, bo – z całym szacunkiem dla istniejących w mediach prof. Zbigniewa Lew Starowicza, prof. Zbigniewa Izdebskiego, dr Stanisława Dulko, prof. Wiesława Czernikiewicza, czy kilku innych, brakuje nam seksuologów, a ci, którzy są, nie będą przecież pracować wiecznie.

Problem w tym, że takie działania, w dodatku długofalowe, nie są tak atrakcyjne medialne, jak opowieści o kreaturach, kastrowaniu, itp. Od premiera i ministrów oczekiwałbym jednak, że, poza naturalnym zabieganiem o poparcie i wygraną wyborczą, będą również zajmowali się rządzeniem, czyli rozwiązywaniem problemów

Przeciwko klapsom
Friday, June 06th, 2008 | Autor: Jakub Śpiewak

Niemal każdego tygodnia media informują o kolejnych przypadkach brutalnej przemocy wobec dzieci, często kończących się śmiercią lub trwałym kalectwem dziecka. Oczywiście, można to uznać za pewne ekstremum. Oczywiście, większość tych przypadków wiąże się z nadużywaniem alkoholu przez sprawców przemocy. Możemy tak uspokoić swoje sumienie, mówiąc sobie “to margines, to patologia, mnie to nie dotyczy”.

Trzeba jednak pamiętać, że akceptacja dla stosowania przemocy jako narzędzia wychowawczego jest w Polsce bardzo wysoka. Funkcjonuje mit “mnie rodzice lali i wyrosłem na ludzi”. Wielu ludzi uważa, że klaps to nie jest przemoc. Tym, którzy tak twierdzę, jak zawsze proponuję, by taki klaps stosowano obecnie wobec nich jako metodę korekcji zachowania. Ciekawe, czy to by im się spodobało.

Argumentów przeciwko klapsom jest wiele. Klaps boli nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. To brutalne pogwałcenie godności dziecka. Klaps to nauka, że problemy i spory można rozwiązywać siłą. Klaps jak każda kara wiąże się na ogół z nasilaniem. Kiedy nie pomaga jeden klaps, dajemy drugi. Kiedy nie pomaga lekki klaps, dajemy mocniejszy. Kiedy nie pomaga klaps wymierzony ręką, uderzamy pasem albo innym narzędziem. I tak dalej. Prosta i krótka droga do maltretowania. Agresja karmi się agresją.

Cieszy więc, że pan premier Donald Tusk i jego rząd jednoznacznie wypowiadają się przeciwko karom cielesnym i chcą wprowadzić ich zakaz do Ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Cieszy mnie przy tym dodatkowo mądrość, polegająca na tym, że przepis ten nie znajdzie się w kodeksie karnym. Nie chodzi wszak o to, żeby zamykać rodziców za klapsa do więzienia, a o danie jednoznacznego sygnału: klaps jest zły.  Przeciwko klapsom wypowiedziała się nawet związana ze środowiskami prawicowymi Rzecznik Praw Dziecka Ewa Sowińska.

Na tym tle smuci i przeraża wypowiedź Rzecznika Praw Obywatelskich Janusza Kochanowskiego, który twierdzi, że rodzice powinni karcić swoje dzieci klapsami, ale wymierzanymi “z miłością”. Nawet nie chcę zgadywać, co pan rzecznik miał na myśli. Rzecznik Praw Obywatelskich ma obowiązek stać na straży praw wszystkich, a więc również tych najmłodszych, obywateli naszego kraju, w tym prawa do poszanowania godności i nietykalności cielesnej. W moim przekonaniu Rzecznik sprzeniewierzył się  swojemu ślubowaniu.

Na portalu Ammado.com zamieściliśmy petycję z protestem przeciwko wypowiedzi rzecznika. Prosimy o jej podpisywanie.