Wyczytałem dziś w Dzienniku informację, która mnie ucieszyła. Posłowie chcą zaostrzyć przepisy zakazujące przemocy wybec dzieci. Przyznam, że byłem zaskoczony, ale to miłe zaskoczenie. Pamiętam, ile trudu kosztowało przekonanie rządzących, by zapisać w Ustawie o Przeciwdziałaniu Przemocy w Rodzinie całkowity zakaz bicia dzieci, choć przecież miłościwie nam urzędujący premier sam publicznie to wcześniej zapowiadał. Aby nie drażnić polityków, szczególnie tych prawicowych, organizacje pozarządowe zaproponowały, by całkowity zakaz bicia dzieci nie był obwarowany żadnymi sankcjami. Postulowaliśmy tylko tyle, by prawo jasno mówiło, że tego czynić nie wolno.
Dzięki sugestiom i żądaniom Rzecznika Praw Dziecka Marka Michalaka posłowie chcą dopisać do ustawy zakaz stosowania przemocy psychicznej naruszającej godność dziecka. Nie śmiałem, prawdę mówiąc, marzyć o takim zapisie. Tu pozwolę sobie na dygresję. Bardzo się cieszę, że dzieci w Polsce wreszcie doczekały się rzecznika z prawdziwego zdarzenia. Pierwszy rzecznik zrezygnował niemal zaraz po powołaniu, drugi, czyli Paweł Jaros okazał się wielką pomyłką, urzędasem, który nie robił nic, a trzeciego rzecznika, czyli Ewę Sowińską, trudno w ogóle analizować w kategoriach innych niż kabaretowe czy psychiatryczne. Wywodzący się z sektora pozarządowego społecznik, jakim jest Marek Michalak, okazał się strzałem w dziesiątkę.
Wróćmy jednak do naszych baranów. (Nie, tym razem akurat nie obrażam posłów.) Oto posłanka Magdalena Kochan z Platformy Obywatelskiej mówi:
“Wobec dziecka nie wolno stosować żadnej przemocy. Koniec kropka.”
Wtóruje jej inna posłanka PO, znana bokserka, Iwona Guzowska:
Czym jest przemoc fizyczna, nie trzeba tłumaczyć. Ale psychiczna? Jeśli ojciec czy matka robią awantury o źle ułożoną szczoteczkę do zębów czy buty, to już jest przemoc psychiczna?
Oczywiście, że tak. Bo dziecko staje się niewolnikiem. Odbiera się mu wolność. Tak pięknie się to nazywa kindersztubą, tyle że skutki mogą być dramatyczne. Przemoc psychiczna jest wtedy, kiedy dziecko widzi, jak ojciec bije matkę. Kiedy się je poniża: wyzywa od idiotów czy wyszydza. Grozi przemocą fizyczną. Stosuje szantaż. Szantaż jest zresztą najpotężniejszą bronią w arsenale toksycznych rodziców. Najlepszym przykładem jest rozwiedziony rodzic, który usiłuje zawłaszczyć dziecko. A sprawcy takiej przemocy często wydają się absolutnie porządnymi rodzicami. Przemoc psychiczną się bagatelizuje. Nazywa fanaberią pokolenia rozpieszczonych dzieci.
Jak wykrywać przemoc psychiczną?
Ustawa o przeciwdziałaniu przemocy się nie uda, jeśli w parze z nią nie pójdzie profilaktyka. Na godzinie wychowawczej w szkole dzieciom systematycznie muszą być robione testy. Napisane na zasadzie zabawy, zróżnicowane zależnie od wieku. Ułożone i sprawdzane przez specjalistów, którzy na tej podstawie będą w stanie wykryć, czy dziecku nie dzieje się krzywda.
Ale egzekwować zakaz przemocy psychicznej będzie bardzo trudno. Czy wpisywanie do ustawy sankcji karnych ma sens?
Oczywiście. Bez takich sankcji ustawa będzie martwym prawem. W opinii Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego w sprawie przemocy domowej jest ona jednym z najpoważniejszych pogwałceń praw człowieka, prawa do nietykalności i poszanowania godności. Również polska konstytucja gwarantuje prawo do nietykalności i poszanowania godności. Trzeba je zacząć egzekwować.
Ale jak?
Właśnie wprowadzić sankcje karne za stosowanie przemocy psychicznej. Ponadto zagwarantować, że osoba stosująca przemoc – czy to fizyczną, czy psychiczną – będzie odizolowana od ofiar i poddana terapii. Nie poprę ustawy, która nie będzie zawierała takich rozwiązań.
Najbardziej jednak, choć nie ukrywam, że bardzo pozytywnie, zaskoczył mnie poseł PiS z Torunia, członek komisji sejmowej do spraw rodziny, ojciec 5 dzieci, wcześniej wielokrotnie wypowiadający się pozytywnie o klapsach, czyli Tadeusz Cymański, który zapowiedział, że poprze proponowane zapisy w ustawie. Zaznaczył jedynie:
“Mam nadzieję, że wprowadzając sankcje, zastanowimy się, jak uniknąć absurdu i sprowadzenia poważnej ustawy do groteski. Żeby nie było tak, że dziecko, któremu zakazuje się pójść na imprezę, grozi rodzicom policją”
Oczywiście, że nikt nie chce doprowadzić sytuacji do absurdu. Na tym tle zasmuciła mnie wypowiedź Andrzeja Zolla, byłego Rzecznika Praw Obywatelskich. Akurat z jego ust nie spodziewałbym się sprzeciwu wobec ustawy, bo rzecznikowi praw obywatelskich (a przecież dzieci też są obywatelami) to po prostu nie wypada. Zoll mówi między innymi:
“Kultury słowa na pewno nie nauczy się ustawą. Potrzebna jest edukacja społeczna i w tę stronę powinny iść wysiłki instytucji państwa. Fundamentalne jest też pytanie, kto ma wychowywać młodzież: rodzina czy państwo. Mnie wydaje się, że rodzice. I dlatego tym, którzy mają problem i nie wiedzą, jak wychowywać, państwo powinno zaoferować pomoc i dać odpowiednie wzorce. To, co chcą zapisać politycy, poprawy nie przyniesie, a raczej zaogni rodzinne konflikty.”
Zupełnie nie rozumiem, dlaczego wykształcony, jakby nie było, człowiek opowiada dyrdymały. W sytuacji, gdy w domu występuje przemoc wobec dzieci, to co tu jest do zaogniania? Jak dziecko ma samo obronić się w sytuacji przemocy? I przede wszystkim zupełnie nie pojmuję, jak w głowie światłego ponoć profesora mogła zrodzić się z istoty swej fałszywa alternatywa “sankcje karne” albo “profilaktyka”. Jedno drugiego nie wyklucza. Sankcje karne za przestępstwo nie wykluczają wszak podejmowania działań profilaktycznych. Sankcje karne stosujemy, gdy zawiedzie profilaktyka (a z natury nie jest ona w 100% skuteczna). Jest jednak oczywistą oczywistością (copyright by J. Kaczyński), że lepiej zapobiegać niż karać. Ale zapobieganie – na litość boską – nie wyklucza karania, ani karanie nie wyklucza zapobiegania. Wydawałoby się, że takich oczywistości tłumaczyć nie trzeba.
Częstym argumentem, jaki słyszę, jest to, że wychowanie to sprawa rodziny i państwo nie powinno się w to wtrącać, a wtrącanie się to element totalitarnego myślenia i prowadzi do historii takich jak Pawlika Morozowa. Mam wrażenie, że to właśnie używający takich argumentów myślą totalitarnie. Zapominają, że historia Morozowa wydarzyła się w państwie totalitarnym, w czasach stalinowskich. Dziś mamy w naszym kraju demokrację, mamy niezawisłe sądownictwo. Oczywiście, to rodzice powinni wychowywać dzieci, ale nie wszyscy to robią i nie wszyscy robią to w sposób właściwy (czyli z poszanowaniem praw dziecka, które ma ono zagwarantowane na mocy ratyfikowanej przez nasz kraj Konwencji Praw Dziecka). Na takie sytuacje państwo musi być przygotowane, by móc stanąć w obronie dziecka.
Najbardziej jednak zasmuciły mnie komentarze pod informacjami na temat planowanych zapisów. Internauci pisali na przykład:
“A POTEM DZIECKO BEDZIE MIALO PRAWO ZBIC I ZWYZYWAC RODZICA,I DZIEKI BEZSTRESOWEMU TZW.WYCHOWANIU,WIDZIMY CORAZ WIEKSZA ZGNILIZNE MORALNA WSROD MLODZIEZY.ZADUCH TEGO KRAJU JEST CORAZ WIEKSZY.”
albo:
“Coraz więcej praw dla dzieci coraz więcej bestresowego chowania i coraz więcej agresji u młodzieży kilkanaście lat temu mimo iż dzieci dostawały klapsa nie było tylu przypadków agresji i zezwierzęcenia młodych ludzi.Młodzież im ma pozwolone więcej tym gorzerj się zachowuje i bardziej brutralnie.”
lub też:
“Jaką karę przewiduje dla mnie ta śmieszna ustawa jak powiem synowi “Ucz się głąbie bo nie zdasz do następnej klasy”? Nie zdziwię się jak będzie to dożywocie.”
Jeśli polski rodzic zachęca swoje dziecko do nauki mówiąc “Ucz się, głąbie, bo nie zdasz do następnej klasy”, to nie ma co się dziwić, że to dziecko uczyć się nie chce i faktyczny poziom wykształcenia naszych dzieci stale się obniża. Jeśli rodzic o swoim dziecku myśli w kategorii “zgnilizny moralnej“, którą miałby leczyć przemocą fizyczną i psychiczną, to ja się nie dziwię młodym ludziom, że gniją moralnie. (O ile faktycznie gniją.) Cały czas pobrzmiewa też “za naszych czasów tak nie było”. Owszem, było. I – “za naszych czasów tak nie było, bo dostawaliśmy klapsy”. Otóz trzeba powtórzyć jasno: Jeśli ktoś wyrósł na ludzi, to nie dlatego, że dostawał klapsy, ale pomimo tego, że dostawał.
W dyskusji o zakazie przemocy wobec dzieci pojawia się często również argument, że zakaz bicia czy poniżania dzieci oznacza nakaz tzw. bezstresowego wychowania. Nie wiem, czym niby ma być to bezstresowe wychowanie, ale jeśli ma ono oznaczać wychowanie bez przemocy, to jestem za. “Bez przemocy” nie oznacza wszak “bez granic”. Dziecko potrzebuje granic i te granice wyznaczać powinien mądry, kochający rodzic. Granice są dziecku niezbędne do prawidłowego rozwoju – bez nich nie czuje się ono bezpiecznie.
Ciekawi mnie, jak będą rozwijać się prace nad ustawą. Czy tym razem posłom uda się uchwalić mądre prawo? Czy będzie - jak w przypływie szczerości rzekł swego czasu Borys Jelcyn – “chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze”.
Share on Facebook