Posts Tagged ‘internet’

Pomysł rejestru wiecznie żywy

Cecilia MalmströmPani Cecilia Malmström ze szwedzkiej Partii Ludowej, europejska komisarz do spraw wewnętrznych, ogłosiła pomysł wprowadzenia filtrowania stron pornograficznych jako inicjatywę ogólnoeuropejską. Wydawałoby się, że mamy ten problem za sobą, wszak udało się internautom przekonać premiera, by wycofał się z pomysłu stworzenia Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych (brawa dla autora tej nazwy – na miejscu premiera zesłałbym go do kamieniołomów za wizerunkowe strzelanie szefowi w stopę). A tu, proszę, pomysł wraca na poziomie ogólnoeuropejskim…

Niektórych – jak zauważyłem – wciąż dziwi mój negatywny stosunek do pomysłu filtrowania. Ja to zdziwienie rozumiem oczywiście. W końcu to dość naturalne skojarzenie i oczekiwania, że facet, który kieruje fundacją zwalczającą pornografię dziecięcą i co chwilę wypowiada się w mediach, domagając się skutecznej walki z tym zjawiskiem, będzie popierał filtrowanie takiej pornografii. A jednak, choć naturalne, to jest to skojarzenie błędne. Kilkakrotnie wyjaśniałem już publicznie powody mojego sprzeciwu wobec filtrowania, ale nie zaszkodzi rzecz jasna o tych powodach przypomnieć.

W sprzeciwie wobec filtrowania pornografii dziecięcej wbrew pozorom mniej istotne są kwestie wolności słowa, bo mają rację zwolennicy filtrowania, gdy twierdzą, iż wolność słowa nie oznacza wolności do rozpowszechniania i oglądania pornografii dziecięcej. Tu całkowita zgoda.

Kluczowe jest tu sformułowanie “skuteczna walka”. Twierdzę bowiem, że filtrowanie jako takie jest narzędziem efektownym, ale niezbyt efektywnym. A mi chodzi o efektywność, a nie efektowność. Mówiłem i pisałem już, że filtry można obejść. Filtrowanie to taka dziecięca taktyka zabawy w chowanego: “zamykam oczy i mnie nie widać”. Włączam filtr i problemu nie widać. Ale “nie widać” nie oznacza “nie ma”. Te filmy i zdjęcia nadal będą w sieci. Ich odfiltrowanie nie sprawi, że ten, kto je wyprodukował i rozpowszechnił poniósł karę. Nie sprawi też tego, że uwiecznione w tych materiałach dziecko uzyskało pomoc.

Mój sprzeciw wynika też z braku zaufania do polityków. Jeśli dać im palec, na ogół próbują odgryźć rękę na wysokości ramienia. Jeśli raz wsadzą but w drzwi, już nigdy nie uda się tych drzwi zamknąć. Jeśli pozwolimy im na filtrowanie jednej kategorii treści, prędzej czy później uznają za niezbędne cenzurowanie innych.

Pomysł pani komisarz mógłbym poprzeć, gdyby spełnione było kilka warunków, przy czym – mam tu na myśli łączne spełnienie wszystkich tych warunków.

  1. Prawo krajowe na poziomie konstytucji oraz prawo unijne na poziomie traktatu zawierałoby zapis analogiczny do sławnej poprawki do konstytucji USA, gwarantującej wolność słowa.
  2. Filtrowanie dotyczyłoby wyłącznie pornografii dziecięcej (zapis z punktu pierwszego ograniczałby możliwość wprowadzania nowych kategorii treści filtrowanych)
  3. Filtrowanie dotyczyłoby wyłącznie tych treści, które znajdują się poza terytorium Unii Europejskich i ich usunięcie poprzez normalne postępowanie policyjne i sądowe jest niemożliwe.
  4. Wpisanie do rejestru odbywałoby się wyłącznie na podstawie orzeczenia sądu po zasięgnięciu opinii biegłego z zakresu seksuologii, określającego charakter treści, a także biegłego z zakresu auksologii lub anatomii, określającego jednoznacznie wiek osoby na zdjęciu jako wiek poniżej dozwolonego prawem.
  5. Odwołanie od orzeczenia o wpisaniu strony do rejestru odbywałoby się w trybie niezwłocznym, jednak nie dłuższym niż czas przewidziany na orzeczenie o wpisaniu.
  6. Wprowadzenie filtrów nie obciążałoby kosztami operatorów, a – co za tym idzie – klientów końcowych.
  7. Ustalone zostałyby transparentne zasady kontroli publicznej nad rejestrem.

Tyle tylko, że te warunki są raczej niespełnialne. Nie muszę więc martwić się, że przyjdzie mi poprzeć pomysł rejestru.

allegroSwoją drogą, obserwowałem sobie dyskusję na temat krajowego rejestru i to, kto w niej uczestniczy. I muszę tu wrzucić kamyczek do anarchistyczno-lewicowego ogródka. Środowiska lewicowe bardzo mocno opowiedziały się przeciw filtrowaniu obejmującemu m.in. hazard i pornografię dziecięcą. No, i fajnie. W końcu i ja się sprzeciwiałem. Zaciekawiło mnie to o tyle, że często dokładnie te same osoby włączyły się w akcję przeciwko serwisowi Allegro, domagając się od administratorów tego serwisu, by uniemożliwił sprzedawanie przedmiotów związanych z nazizmem.

Warto tu przypomnieć, iż polskie prawo nie zabrania obrotu takimi przedmiotami, a w nowej wersji wprowadza zapis z taką dziurą, że jest on w praktyce nieegzekwowalny, bowiem zakazowi nie podlega obrót na potrzeby kolekcjonerskie. Wystarczy więc, że ktoś wpisze w opisie aukcji, że sprzedaje elementy swojej kolekcji (no, niestety niezbyt wielkiej), a kupujący oświadczy, że z kolei on właśnie zakłada kolekcję.

Rząd chciał wprowadzić formę cenzury internetu i słusznie protestowaliśmy przeciwko temu. Jednak rząd chciał zmieniać prawo, wprowadzać ustawę, dostępne publicznie i jawne zapisy regulacyjne. Rząd jest też upoważniony do inicjatywy ustawodawczej. Usuwanie aukcji przedmiotów, którymi obrót nie jest zabroniony, choć jest nieprzyzwoity, byłoby natomiast formą cenzury i to w dodatku realizowaną poza prawem, przez podmiot komercyjny. To jak? Wprowadzenie legalnego, ustawowego zapisu zakazującego cenzury jest złem, ale wymuszanie, i to poprzez wpisywanie symbolu SS w logotyp, co wydaje mi się niesmaczne i obraźliwe, na podmiocie komercyjnym cenzury już jest OK?

Żeby było jasne – ja bym chciał, by w Polsce nikt nie handlował faszystowskimi gadżetami, uważam handlowanie takimi gadżetami za obrzydliwe i haniebne. Niemniej – póki co jest to legalne. Zamiast naciskać więc na Allegro, by wprowadzało cenzurę, trzeba naciskać na władze, by zmieniły prawo. Problem w tym, że wprowadzenie sensownego zapisu prawnego jest bardzo trudne. Organizatorzy akcji przeciwko Allegro dobrze o tym wiedzą. Dlatego wybierają rozwiązanie głupie, ale łatwe. A przecież jest tylu prawników, którzy pewnie chętnie pomogliby stworzyć zapis. Do dzieła zatem.

Po debacie u premiera – nie będzie cenzury?

Zapowiadana debata premiera z internautami odbyła się. Oczywiście, z premierem spotkali się tylko niektórzy, oczywiście uczestnicy tej debaty nie stanowili reprezentacji internautów. W ogóle trudno mówić o internautach – wszak to po prostu są obywatele RP. Oczywiście, jak to u nas bywa, pojawiło się w sieci sporo szamba: obrzucano wyzwiskami nie tylko premiera, ale i Maćka Budzicha, autora bloga Mediafun.pl i organizatora debaty, a także jej uczestników: dobór osób nie taki, pytania nie takie, ilość zacytowanych pytań z internetu nie taka (swoją drogą, większość raczej nie nadawała się moim zdaniem do cytowania w przestrzeni publicznej). Tutaj można znaleźć roboczy zapis debaty.

Być może pomysł debaty był trickiem wizerunkowym wymyślonym przez doradców premiera. Wcale by mnie to nie zdziwiło. Ale i tak mnie to cieszy. Wskazuje bowiem, iż zdaniem rządzących wizerunkowo korzystne jest rozmawianie z ludźmi, spotykanie się z nimi, słuchanie ich opinii. Być może premier był sztuczny, wiele osób mu to w końcu zarzuca. Wolę jednak taką sztuczność niż spontaniczność poprzedniego premiera, który zapewne powiedziałby protestującym, iż stoją tam, gdzie stało ZOMO, nie są z AK, a ich babcie były w KPP. Nawet jeśli wsłuchiwanie się w “vox populi” to tylko PR i poprawność polityczna, to ja już wolę taki PR i poprawność niż otwarte olewanie. A mam wrażenie, że jednak nie był to tylko trick wizerunkowy.

Jeśli ktoś spodziewał się rozróby, to się zawiódł. Rozmowa była kulturalna, choć czasem trudna. Dla niektórych będzie to zapewne powód, by uznać, iż działały siły nieczyste, cenzura, a wszystko było ustawione. Ja jednak, przyznam, obawiałem się czegoś odwrotnego i cieszę się, że było tak, jak było. Źle by się stało bowiem, gdyby się miało okazać, że oto przyszli blogerzy i obrażali premiera, bo nikt nie traktowałby nas poważnie.

Co udało się ustalić? Przepisy związane z hazardem będą dalej procedowane, zgodnie z planem, ale w ciągu najbliższych dni urzędnicy ustalą, jak usunąć z nich te zapisy, które dotyczą Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych. To nie znaczy, że premier wycofał się całkowicie z tego pomysłu. Zawiesza jednak prace nad nimi i podejmie dyskusję społeczną o tym, jak osiągnąć zamierzone cele – czyli jak walczyć z e-hazardem, pornografią dziecięcą i phishingiem w taki sposób, by nie rodziło to obaw o naruszanie podstawowych praw obywatelskich. Trudno było oczekiwać, że premier ot tak uzna, że się mylił. Ważne jednak, że zgodził się zawiesić kontrowersyjne zapisy i zgodził na dyskusję. Od nas zależy, czy będziemy umieli przekonać rządzących do innych zapisów.

Kolejna ważna obietnica to to, że rząd zrobi przegląd wszystkich projektów ustaw, które dotyczą, choćby pośrednio internetu, wstrzyma prace nad nimi i skieruje je do ponownych konsultacji społecznych. To dobrze. Protest przeciwko cenzorskim zapisom może bowiem przerodzić się w szeroką debatę o rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, do czego wzywał Jarosław Lipszyc z Fundacji “Nowoczesna Polska”.

Kolejną obietnicą jest stworzenie dostępnego w sieci systemu pozwalającego każdemu śledzić na bieżąco prace legislacyjne rządu. W czasie debaty Piotr Vagla Waglowski przekonywał premiera, że transparentność procesu legislacyjnego to najlepszy sposób na ochronę przed nieuczciwym lobbyingiem, którego premier ponoć tak się obawiał, że aż ograniczył konsultacje społeczne.

Mam wrażenie, że nie do końca jeszcze do nas dotarło, co tak naprawdę się wydarzyło. A wydarzyło się coś niezwykle istotnego. Oto bowiem zadziałały, dzięki internetowi, mechanizmy społeczeństwa obywatelskiego. Zapisy ustawy wywołały protesty. To się zdarza. Protesty te były na tyle silne, że rząd nie mógł jej ignorować. Nie dlatego, że obawiał się zdemolowania miasta, jak to mają w zwyczaju robić górnicy. I to już jest różnica. Internauci, czyli grupa wydawałoby się – mocno niezorganiz0wana, zdołali wymusić konstruktywną reakcję szefa rządu. Co ważne – byli w stanie odpowiedzieć na zaproszenie. A spotkanie, które w efekcie się odbyło, ma być początkiem nowych konsultacji. Minister Michał Boni mówił wręcz o “opcji zerowej” w konsultacjach społecznych. W dodatku jest duża szansa, iż będą to konsultacje z obywatelami, a nie z organizacjami pozarządowymi czy branżowymi, które wszak do reprezentowania obywateli nie mają upoważnienia. To ogromne zmiany. Obyśmy ich nie zmarnowali.

Premier zaproponował nam rozmowę o tym, jak skutecznie walczyć z pornografią dziecięcą, nielegalnym hazardem, phishingiem, spamem. To ciekawa propozycja. Na hazardzie się nie znam, na phishingu i spamie też. Propozycje związane z pornografią dziecięcą postaram się jednak zaprezentować. Oczywiście – w sieci :)

zdjęcia wykonał Jan Rychter

Manipulacja pod płaszczykiem

Dość długo zastanawiałem się, czy wypowiadać się na temat rządowych planów utworzenia Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych. Skoro jednak sprawa dotyczy internetu, a jestem internautą, skoro dotyczy problemu pornografii dziecięcej, a tym problemem w końcu zajmuję się jako szef fundacji, to doszedłem do wniosku, że wypowiedzieć się powinienem i chcę. Impulsem do tego była debata na antenie Polsat News, w której wziąłem udział. Udział w tej debacie zmusił mnie bowiem do tego, by przemyśleć sobie dokładnie, jaki właściwie mam do tej sprawy stosunek.

No, to po kolei. Po wybuchu tzw. afery hazardowej rząd wymyślił sobie całkowity zakaz hazardu online i zapisał w ustawie utworzenie rejestru stron, do których dostęp operatorzy musieliby blokować w ciągu 6 godzin od momentu wpisania. Do rejestru miałyby trafiać strony z pornografią dziecięcą, hazardem i phishingiem. Rejestr miałby być prowadzony przez Urząd Komunikacji Elektronicznej, a o wpisanie strony do niego miałyby wnioskować np. Policja i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Projekt ten nie był konsultowany społecznie. Po pierwszej fali protestów rząd zmienił projekt, wprowadzając zasadę, iż o wpisaniu decydować miałby sąd, a dokładniej wyznaczony wydział sądu okręgowego w Warszawie. Nie jest to krok wielki, ale przynajmniej tyle zostało zmienione, iż to nie urzędnik, nie policjant, czy oficer ABW, ale jednak niezawisły sąd miałby decydować o tym, czy coś trafi na indeks.

Rządowy projekt wywołał ogromną burzę, również w internecie. I słusznie zresztą. Premier Donald Tusk odpowiedział na ostrą krytykę internautów listem z obietnicą debaty. Wokół bloga MediaFun.pl prowadzonego przez Macieja Budzicha powstała inicjatywa ZapytajPremiera.pl, czyli rozpoczęły się przygotowania internautów do debaty z szefem rządu. I to jest pierwszy ważny i pozytywny element tej całej historii. Oto bowiem internauci zaczęli się organizować, wyrażać głośno swoje opinie, zmuszając rządzących do wysłuchania ich głosu. W mojej ocenie to niezwykle istotne zdarzenie – jest to bowiem klasyczny przykład funkcjonowania tzw. społeczeństwa obywatelskiego. Do debaty ma dojść 5 lutego o godzinie 14.00 i ma być ona na żywo transmitowana online.

Reszta historii Rejestru pozytywna już jednak nie jest. Mamy tu bowiem kilka ważnych i niepokojących spraw:

  1. Politycy znów próbują decydować za nas o tym, co jest dla nas dobre, a co złe. Prawdę mówiąc problem hazardu ani mnie ziębi, ani grzeje, ale nie rozumiem, dlaczego Pan Premier, z całym szacunkiem dla niego, ma mówić dorosłym ludziom, czy mogą przegrać swoje własne pieniądze w wirtualnym kasynie. A już nie rozumiem, dlaczego w wirtualnym nie mogą, ale mogą pójść i ten sam majątek przegrać w kasynie realnym. Coś mi się zdaje, że Panu Premierowi nie chodzi o moje dobro, ale o to, że te wirtualne kasyna na ogół nie płacą w Polsce podatków…
  2. Znów rządzący wymyślają kontrowersyjne przepisy, ograniczające w dodatku swobody obywatelskie, nie konsultując ich z obywatelami. Ja rozumiem, że sami tych rządzących wybraliśmy, ale to nie znaczy, że daliśmy im prawo decydowania za nas w pełni. Jeśli polityk dochodzi do wniosku, że on wie lepiej, co jest dla mnie dobre niż ja sam, to jest to dla mnie sygnał jasny, że w kolejnych wyborach lepiej na niego jednak nie głosować. I, sądząc po komentarzach w sieci, do podobnego wniosku doszło wielu wyborców miłościwie nam rządzącej partii.
  3. Znów proces stanowienia prawa jest niejasny i nietransparentny. Dość powiedzieć, że na stronie Ministerstwa sprawiedliwości podmieniano uzasadnienie do projektu ustawy. Pisał o tym Piotr Waglowski w swoim serwisie. Nikt nie umie też wyjaśnić, dlaczego przepisy dotyczące ochrony przed phishingiem albo walki z pornografią dziecięcą znajdują się w ustawie związanej z hazardem.
  4. Po raz kolejny rządzący nie słuchają ekspertów – blokady wynikające z utworzenia rejestru da się obejść. Ci, którzy będą chcieli, szybko się tego nauczą.
  5. Znów rządzący wymyślają pomysł, którego skuteczność jest, delikatnie to ujmując, wątpliwa, ale kosztami jego realizacji chcą obciążyć przedsiębiorców, czyli operatorów internetu, a ci z kolei tymi kosztami poprzez ceny usług obciążą klientów. Mówiąc krótko – za niewydarzone eksperymenty wszyscy będziemy musieli zapłacić.

Mnie uderzyło w tym wszystkim jeszcze jedno. Otóż, po raz kolejny instrumentalnie potraktowano dzieci i problem pornografii dziecięcej. Umieszczenie tego problemu w ustawie hazardowej to pewna forma szantażu moralnego. Ma bowiem stawiać przeciwników ustawy w sytuacji, w której sprzeciwiają się wdrażaniu rozwiązań, które miałyby chronić dzieci, czyli przyprawia się im gębę zwolenników dostępu do pornografii dziecięcej. Czyli co? Każdy, kto jest przeciw tej ustawie to pedofil? Takie zagrywki są po prostu nieprzyzwoite. Problem krzywdzenia seksualnego dzieci jest zbyt poważny, by posługiwać się nim do gier politycznych i do takich manipulacji.

Jedna jeszcze rzecz mnie zadziwia. Oto bowiem pojawia się projekt ustawy, która de facto tylnymi drzwiami wprowadza cenzurę, a ja nie słyszałem w tej sprawie jasnego głosu Rzecznika Praw Obywatelskich. No, tak, zapomniałem. Dr Janusz Kochanowski zajęty jest świńską grypą i pozywaniem państwa do sądu.

Buy T-MobilePhones and Save. | Thanks to Highest CD Rates, Credit Card Offers and UK Loan