Jesteśmy już po kolejnej debacie Premiera Donalda Tuska z – jak to media lubią określać, a ja do tego określenia za chwilę się odniosę – internautami. Tym razem głównie na temat ACTA. Spotkanie zaczęło się o 14, a skończyło ok. 21:20. Niezły maraton. Wielu nie dało dobiegło do mety. A szkoda. Wielu w ogóle nie wystartowało. A szkoda. Poddanie walkowerem chluby nie przynosi.
Nie będę pisał relacji “minuta po minucie”. Lepiej czy gorzej zrobiły to portale (raczej gorzej), a minister Michał Boni obiecał, że pełen zapis debaty będzie dostępny online. Zanim przejdę do wyrażania swoich refleksji “podebatowych”, chciałbym wygłosić jednak deklarację:
Jestem Hołdysem
Na wygłoszenie takiej deklaracji uzyskałem zgodę Zbyszka Hołdysa. Dlaczego taką deklarację wygłaszam? A już wyjaśniam:
Wszyscy w debacie publicznej wycierają sobie gęby hasłami o wolności słowa, którą jakoby chce się im odbierać. Zbyszek skorzystał z tej wolności, wyrażając swoje poglądy, jak się łatwo przekonał, niepopularne poglądy. Został za to zlinczowany. Otóż wolność słowa nie działa tak, że dotyczy tylko tych, którzy wygłaszają poglądy zbieżne z nami. Pisałem o tym już tutaj. I kiedy wielcy obrońcy wolności słowa urządzają sobie zawody w obrażaniu kogoś, kto ma inne poglądy, to ja staję po jego stronie. Nie dlatego, że Zbyszek wymaga obrony. Jest mądrym i silnym psychicznie facetem. Poradzi sobie. Ale moja sympatia jest po jego stronie, a nie po tych, którym sprawia frajdę rzucanie małymi gówienkami. Bo ten, kto rzuca małymi gówienkami, to po prostu gówniarz.
Nadal nie zgadzam się w różnych sprawach ze Zbyszkiem, choć, przyznaję zarazem, że, kiedy spokojnie rozmawiamy, to okazuje się, że o wielu sprawach myślimy podobnie, a problem jest bardziej w formułowaniu tych myśli.
Po opublikowaniu mojego tekstu “Sztuka to bułka czy nie bułka?” odbyłem rozmowę ze Zbyszkiem Hołdysem. I w jednej sprawie mnie przekonał, więc chcę to tu przy okazji publicznie wyrazić. W tym tekście napisałem m.in.:
Kiedy rozmawiamy o problemie piractwa komputerowego ze środowisk artystów słychać głosy w stylu: “Tak, jak nie wolno kraść bułki ze sklepu, tak nie wolno kraść utworu, piekarzowi należy się wynagrodzenie za pracę przy produkcji bułki, tak i nam należy się wynagrodzenie za produkcję sztuki”. To mniej więcej powtarza Zbigniew Hołdys.
Kiedy jednak zaczynamy mówić o podatkach i kosztach uzyskania przychodu, o ubezpieczeniach społecznych, kiedy zaczynamy mówić o wartości dostępu powszechnego do dóbr kultury, to artyści odpowiadają: “O, nie, nie, sztuka to nie jest bułka, to sprawa szczególna, wymagające innego podejścia, artystę trzeba chronić”. Pamiętam spotkanie artystów z premierem Donaldem Tuskiem w programie “Śniadanie mistrzów”, tak właśnie mówił tam ten sam Zbigniew Hołdys.
No, panowie i panie artyści, to wy się zdecydujcie: bułka czy nie bułka? Albo traktujemy kulturę jako dobro rynkowe, dajemy ochronę prawną jak produktowi na półce sklepowej, ale wtedy macie też normalne rynkowe zobowiązania podatkowe, ubezpieczeniowe i inne albo traktujemy kulturę jak dobro wymagające szczególnej ochrony pod względem ekonomicznym, ale wtedy staje się ono dobrem publicznym, bo tę ochronę finansuje się ze środków publicznych. Nie ma wówczas powodu, by podatnik, który na artystę już zapłacić, płacił dodatkowo za dostęp do dzieła wytworzonego za te pieniądze.
Każde z rozwiązań ma swoje wady i zalety, ale nie można zjeść ciastka i mieć ciastko. Ja osobiście skłaniam się do podejścia rynkowego.
Po rozmowie ze Zbyszkiem zgadzam się jednak, że z tych rozważań i argumentów należy wyłączyć problem 50% kosztów uzyskania przychodu.
To nie internauci
To nie było spotkanie z Premiera z internautami, wbrew temu, co podawały i z upodobaniem podają media.
Po pierwsze, było to spotkanie raczej rządu niż Premiera, bo oprócz samego Donalda Tuska mieliśmy na sali jednak i innych ministrów (minister kultury i dziedzictwa narodowego Bogdan Zdrojewski, minister administracji i cyfryzacji Michał Boni), ale i wiceministrów (kultury i dziedzictwa narodowego, administracji i cyfryzacji, gospodarki, spraw zagranicznych), posłów oraz Pawła Zalewskiego eurodeputowanego, wiceprzewodniczącego komisji handlu w Parlamencie Europejskim. Był też Jan Dworak, przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (ostatnio popularny wśród internautów za sprawą odmowy koncesji dla TV Trwam) oraz Wojciech Wiewiórowski, Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych. Loża administracyjno-rządowa była więc zacnie i licznie reprezentowana.
Po drugie, oprócz tzw. internautów (o tym określeniu w kolejnym akapicie) na sali byli również popierający ACTA twórcy (nie tylko Zbigniew Hołdys), przedstawiciele Organizacji Zbiorowego Zarządu (prawami autorskimi), przedstawiciele różnych organizacji branżowych (w tym np. branży motoryzacyjnej).
Po trzecie wreszcie, cała reszta, to nie byli żadni internauci, tylko obywatele korzystający z internetu. Nie wiem, co to są internauci w kontekście sporu z rządu. I tu mam 2 zasadnicze uwagi, z czego jedna to powtórzenie wcześniej już wygłaszanych myśli:
- Nie wiem, ile dokładnie osób uczestniczyło w protestach przeciwko ACTA. W protestach ulicznych w skali Polski było to zapewne kilka, kilkanaście tysięcy. Bądźmy nawet optymistami – kilkadziesiąt tysięcy. Wniosek o referendum w sprawie ACTA podpisało ponoć ok. 300.000 osób. Przyjmijmy tę największą liczbę jako właściwą. Wiemy z innych źródeł, że z internetu korzysta w Polsce ok. 16,8 mln ludzi. Oznacza to, że w protestach wzięło ok. 1,79% użytkowników internetu w Polsce. Bądźmy jeszcze większymi optymistami, idźmy protestującym na rękę. Przyjmijmy, że doliczymy jeszcze tych, którzy wkleili jakiś obrazek na Facebooku, czy u cioci na imieninach błysnęli jako eksperci od wolności w sieci. Niech będzie więc – 3%. Nadal jednak zostaje nam 97% użytkowników, którzy albo protestów nie popierają albo mają je w bardzo głębokim poważaniu. Kiedy więc słyszę argumenty typu “mówię w imieniu internautów”, “społeczeństwo się domaga”, to śmiać mi się chce. Jaki naród? Jakie społeczeństwo? Jacy internauci? 3% użytkowników sieci, czyli ok 1% ogółu społeczeństwo. Zachowajmy, proszę, proporcje.
- Jesteśmy mniej więcej pół roku po wyborach, w których premier Donald Tusk po 4 latach rządów potwierdził swój demokratyczny mandat do reprezentowania społeczeństwa i rządzenia. W demokratycznym państwie, a w takim żyjemy, obywatele udzielają mandatu do reprezentowania ich w formie wyborów parlamentarnych (i prezydenckich, ale to trochę osobna sprawa). W tej wielkiej sali to Donald Tusk reprezentował społeczeństwo, nie – zaproszeni goście. My wszyscy, którzy tam przyszliśmy, reprezentowaliśmy tam siebie samych lub te, dość wąskie grupy, które udzieliły nam nieformalnego pełnomocnictwa.
Próby upolityczniania
W trakcie debaty pojawiły się 2 głosy bardzo polityczne – posła Ruchu Palikota oraz pracownika biura poselskiego posłanki Anny Grodzkiej, też z Ruchu Palikota. Pomijam już to, że oba były mocno “od czapy”, kolokwialnie mówiąc. Pomijam już to, że pan asystent odczytywał z kartki oświadczenie, które było absolutnie nie na temat, doprowadzając do pasji niemal całą salę. Ruch Palikota, co widać, marzy o tym, żeby podłączyć się pod protest w sprawie ACTA i zagospodarować protesty. Spuentuję to krótko. Panowie i Panie z Ruchu Palikota! Przypomnijcie sobie, co protestujący w Warszawie wykrzyczeli samemu Januszowi Palikotowi, kiedy pojawił się na manifestacji i próbował tam brylować. Nie pamiętacie? To ja przypomnę. Krzyczeli “Hipokryta!” oraz “Wyp..dalaj!” Weźcie to sobie głęboko do serca i zastosujcie.
Formuła debaty
Wiele wątpliwości wzbudziła formuła zaproszenia oraz samej debaty. Ci, którzy pracują na co dzień z instytucjami administracji publicznej, np. sejmem, rządem, itp, wiedzą dobrze, że takie tempo jest czymś całkowicie normalnym. Rozumiem jednak, że nie wszyscy są w stanie do takiego tempa się dopasować, że niektórzy mieli inne zobowiązania. Nie rozumiem tych, którzy podjęli ideologiczną decyzję o bojkocie debaty. Pisałem o tym tutaj. Jeśli ktoś twierdzi, że chciał być, ale mu to uniemożliwiono brakiem zaproszenia, to kłamie. Była możliwość zarejestrowania się na debatę.
Ta formuła otwartej rejestracji połączona z rejteradą organizacji i osób, które w weekend poprzedzający debatę spotkały się na Improwizowanym Kongresie Wolnego Internetu, wpłynęła negatywnie na przebieg samej debaty i jej formułę. Sporo było chaosu (zwłaszcza w wyniku tzw. replik), ale też sporo było głosów i wypowiedzi kosmicznych, niestety, głównie po “naszej” stronie. Zabrakło eksperckiej siły organizacji i osób, które do tej pory uczestniczyły w dialogu z rządem. Szanuję ich prawo do decyzji o odmowie udziału, ale konsekwentnie uważam tę decyzję za niemądrą.
Debata memowa
Największą furorę w relacjach, mam wrażenie, zrobił pan (skądinąd przeciwnik ACTA) prawicowiec w sandałach oraz pani robiąca na drutach. Trzeba przyznać – byli widowiskowi. Ale nieistotni. Za to wzbudzali emocje. Cóż, jak się na temat nie ma pojęcia, to się fascynuje pobocznymi elementami.
Obserwowałem też w trakcie debaty wpisy otagowane na Twitterze jako #debataACTA. Odnosiłem momentami wrażenie, że spora większość wpisujących uznała za swój obowiązek albo obrażenie przeciwnej strony (premiera, Zbyszka Hołdysa) albo błyśnięcie wpisem, który w ich przekonaniu był błyskotliwy i dowcipny. A może by tak zamiast tego przeczytać porozumienie ACTA? Hę?
Wielu emocjonuje się też pytanie, kto wygrał tę debatę. Odpowiem. Wizerunkowo: Premier Donald Tusk. Dlaczego? Bośmy mu na to pozwolili – przez takie wpisy, przez brak ekspertów po naszej stronie, przez różnych kosmitów, którzy się wypowiadali. Czy to oznacza, że przegraliśmy? Nie do końca.
Po debacie
W trakcie debaty padły konkretne zobowiązania ze strony rządu. Są one opublikowane na stronie Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. Przytaczam je tutaj w całości:
- Opublikowanie listy osób zabierających głos w debacie 6 lutego
- Opublikowanie zapisu wideo z debaty
- Publiczna odpowiedź na zgłoszone w debacie pytania
- Opublikowanie – już 7 lutego – całej dokumentacji w sprawie ACTA będącej w dyspozycji strony polskiej. Premier zobowiązał do tego ministra kultury i tych ministrów, którzy takie dokumenty mają. Sprawdzone zostanie, czy da się opublikować dostępne w Polsce dokumenty Komisji Europejskiej
- Szybkie opublikowanie polskiego komentarza do ACTA z wyjaśnieniem, jak należy rozumieć przepisy umowy w świetle polskiego prawa (będzie to wspólna praca MAC, Ministerstwa Kultury wraz z innymi resortami)
- Przegląd polskiego prawa pod kątem wolności w internecie. Zaczniemy od stworzonej już listy 10 obszarów. Po przeglądzie prawa powinna się odbyć publiczna dyskusja o tym, jak zdefiniować na nowo pojęcie „dozwolonego użytku” dzieła w prawie autorskim, jak sprawić, by przepisy były jasne i by tworzyły równowagę między koniecznością karania za przestępstwa a gwarantowaniem wolności.
- Zmiana podejścia do konsultacji: tak, by, jak mówi premier, „miały wpływ na nasze myślenie”. Będziemy się posługiwali różnymi metodami konsultacji – tradycyjnymi, na piśmie, na platformach internetowych
- Do końca roku gotowa będzie w Ministerstwie Gospodarki pilotażowa wersja rozbudowanego systemu konsultacyjnego. Już teraz MAC chce korzystać z portalu konsultacyjnego mam zdanie.org.pl używanego przez organizacje pozarządowe: tam będzie publikować projekty i czekać na opinie i komentarze. W ciągu kilku-kilkunastu tygodni mechanizm ten uzupełnimy o mechanizm oceniania, czy dana opinia podoba się komuś, czy nie.
Szczególnie podoba mi się pomysł opublikowania komentarza do ACTA, w którym na zapisy umowy naniesione zostaną odpowiednie przepisy polskiego prawa. Dzięki temu będziemy mogli debatować bardziej merytorycznie. Na liście opublikowanej przez MAC brakuje mi ważnej deklaracji Premiera, element ten znalazł się jednak w opublikowanej przez MAC liście 10 obszarów dalszej debaty:
Nie będzie ratyfikacji ACTA dopóki nie powstanie projekt reformy polskiego prawa autorskiego.
Jednym z argumentów przeciwko ACTA, podnoszonym m.in. przez Jarosława Lipszyca, ale i przeze mnie, jest wszak to, iż prawdziwym problemem nie jest to, że ACTA zmienia polskie prawo, ale że może właśnie sprawić, iż ono się nie zmieni, a my tej zmiany chcemy.
Mam wrażenie, że Premier dość trafnie wyczuwa bowiem, że problem nie tkwi w samym porozumieniu ACTA, ale trochę obok, choć ja zdefiniowałbym ten obszar szerzej:
- Problem nieadekwatności i anachroniczności obecnego prawa autorskiego, które wymaga zmiany. Zmiana ta nie jest dawaniem czy odbieraniem praw, lecz – jak słusznie zauważa Lipszyc – pewnym “przesunięciem suwaków”.
- Problem nieufności wobec rządzących. Być może intencją rządu, jak głosi Premier, nie jest ograniczanie wolności. Sęk w tym, że wiele osób w taką deklarację nie wierzy i tę nieufność dało się w trakcie debaty wyczuć w wielu głosach.
Bardzo liczę na debatę o prawie autorskim. Na debatę o prawie patentowym. (Tu się nie czuję w ogóle kompetentny.) Bardzo liczę na zapowiedziany przez Premiera przegląd polskiego prawa pod kątem wolności obywatelskich.
I na koniec uwaga do rządzących. Kiedy pojawił się problem Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych, rząd dostał pewien kredyt zaufania. Miały być spotkania, rozmowy. Nie wyszło. OK. Przyjmuję to, że po drodze pojawiły się okoliczności dramatyczne, których nikt nie był w stanie przewidzieć. Potem pojawił się problem blokowania treści w ramach dyrektywy o zwalczaniu pornografii dziecięcej. Znów była debata z premierem i kolejny kredyt zaufania. Po tamtej debacie nastąpił cykl spotkań, głównie z ministrem Michałem Bonim. To była w mojej ocenie dobra, konstruktywna praca. Była w maju 2011 deklaracja premiera na temat ACTA. Niedotrzymana. Teraz trzeci raz premier prosi o kredyt zaufania. Ja go daję. W swoim własnym imieniu oczywiście. Ale jestem przekonany, że następnej szansy już nie będzie.
Share on Facebook