Nie można cały czas żyć sprawami poważnymi, bo to grozi zbzikowaniem. Trzeba mieć coś, w co można uciec od wszystkiego, co poważne. Ja mam – muzykę. Nie można też cały czas o sprawach poważnych pisać na blogu. To z kolei grozi zbzikowaniem czytelnikom, a w końcu należy dbać o zdrowie psychiczne i emocjonalne w narodzie. Dlatego tym razem będzie tu trochę muzycznie.
Powoli rozwija się moje prywatne mini studio. Pochwalę się nim trochę, bo jak zapewne każdy niemal facet lubię chwalić się swoimi zabawkami. Wszak, powiadają, faceci to dzieci, tylko z wiekiem zabawki mają coraz droższe.
Zacznijmy więc od gitar. Zaczynałem od gitary elektrycznej Langowskiego, teraz gra na niej mój syn. Oddałem mu, gdy kupiłem pierwszy z moich nowych instrumentów. Yamaha Pacifica, którą swego czasu doradzała mi moja ex-małżonka (podziękowania należne niniejszym publicznie przesyłam) to instrument, który pokochałem od pierwszego wejrzenia. Wszedłem do sklepu muzycznego, oglądałem, oglądałem i wypatrzyłem to cudo, nie wiedząc jeszcze skądinąd, iż mam do czynienia z instrumentem podpowiedzianym uprzednio. Wziąłem to cudo ręki i od razu wiedziałem, że muszę ją mieć. Bez namysłu poszedłem z tym egzemplarzem, który zdjąłem ze stojaka do sprzedawcy i podałem kartę płatniczą. Wpisywanie PINu bolało, ale cóż – prawdziwa sztuka wymaga bólu. Pacifica ma ciepłe brzmienie, świetnie sprawdza się w rockowym graniu i w solówkach.
Któregoś dnia tak się zdarzyło, że między spotkaniami zrobiła mi się dziura i miałem trochę wolnego czasu. Nie omieszkałem skorzystać z okazji i wlazłem do sklepu muzycznego. I znów olśnienie. Moim oczom ukazało się czarne cudo o gotyckich kształtach. (Wiem, wiem, zachwyt nad wyglądem gitary to trochę jak kobiece wybieranie samochodu ze względu na kolor, ale ponoć każdy człowiek ma w sobie pierwiastek męski i kobiecy.) Nie oszukujmy się jednak, bez względu na płeć kupujemy głównie oczami. W przypadku instrumentów uszy mają jednak znaczenie niebagatelne. Wyprodukowana przez Craftera gitara RG 620/GMT.BK brzmienie ma cudowne, aczkolwiek zupełnie inne niż Pacifica. To instrument o brzmieniu ciężkim, mięsistym, idealny do gotyckich riffów. Nie zastanawiałem się długo, choć i tym razem wpisywanie PINu bolało.
Gitary podłączone są do piecyka Roland Micro Cube z pośrednictwem dwóch efektów Bossa: “Metal Zone MT-2″ i “Super Octave OC-3″. Metal Zone odpowiada za ciężki metalowy przester, a nałożenie 3 dźwięków (główny, oktawę niżej i 2 oktawy niżej) daje fajny efekt. Mam jeszcze multiefekt Korg Ax5G, ale jakoś go nie lubię i leży nieużywany.
Kolejny element studia to klawisze. Na górze statywu na zdjęciu widać klawiaturę sterującą MIDI. Behringer UMX49, podłączony do komputera przez USB sprawdza się idealnie w swojej roli, przynajmniej na moje skromne potrzeby. Kiedyś po prostu pisałem ręcznie wszystko w komputerze, manualnie bawiąc się głośnością poszczególnych dźwięków i ich latencją. Nagrywanie z klawiatury daje jednak efekt znacznie lepszy, bardziej naturalny w brzmieniu, poza tym jest wygodniejsze i szybsze, a do tego zmusza do ćwiczenia palców.
Pod Behringerem na statywie znalazła się Yamaha PSR-E403 podłączona jako audio do miksera, dzięki czemu mogę korzystać z całkiem niezłych brzmień, jakie wrzucił w to urządzenie producent. Szczególnie lubię niektóre brzmienia instrumentów dętych, które trudno byłoby jednak w domowych warunkach nagrywać na żywo. Trąbka, saksofon, obój klarnet – żal byłoby nie wykorzystywać takich dźwięków.
Kluczowym urządzeniem jest mikser Yamaha MW8cx z kartą dźwiękową podłączany przez USB do laptopa. To jest serce mojego domowego mini studia. Do niego podłączone są wszystkie instrumenty i urządzenia. Zastanawiałem się długo nad wyborem odpowiedniego urządzenia i przyznam, że jestem bardzo zadowolony, choć pewnie fajniej byłoby, gdyby na przykład wyjścia monitorów nie były jackami. No, ale nie można mieć wszystkiego. Na zdjęciu widać mikrofon, ale jest to zwykły “no name”, wszak nie jestem wokalistą i nie potrzebuję super sprzętu do nagrywania wokali.
Nowym moim nabytkiem jest para aktywnych monitorów odsłuchowych Alesis M1 Active 520. Długo pracowałem na zwykłych, choć całkiem przyzwoitych głośnikach komputerowych Creative, ale bez dobrych odsłuchów na dłuższą metę pracować się nie da. Ponieważ na odsłuchach się nie znam, postanowiłem zawierzyć sprzedawcy w sklepie. Pierwotnie planowałem kupić tańsze Fostexy, ale po namyśle uznałem, że lepiej wydać niecałe 200 złotych więcej i mieć coś mocniejszego i lepszego, w końcu taki zakup robi się rzadko. Różnicę poczułem zaraz po powrocie do domu i podłączeniu moich nowych zabawek. Teraz praca jest znacznie, znacznie przyjemniejsza. (A i moje samopoczucie się poprawiło, bo to za muzyk, który nie ma dobrych odsłuchów w studio.)
Mózgiem komputerowym całego przedsięwzięcia jest FL Studio 8 XLL Bundle z modułami brzmieniowymi Sytrus, WASP i Simsyth Live. Wiem, wiem, prawdziwy profesjonalista powinien używać Cubase albo ProTools, ale po pierwsze nie jestem profesjonalistą, tylko amatorem, a po drugie FL podoba mi się bardziej niż oba uznane kombajny, a wygoda pracy jest wszak ważna. Oczywiście oprócz Sytrusa, WASP i Simsyth Live mam zainstalowanych mnóstwo instrumentów VST, ale przyznam szczerze, że używam ich rzadko. Sam Sytrus daje bowiem tak bogate możliwości, że nieprędko poznam pełnię jego możliwości.
Do kompletu brakuje mi jeszcze gitary basowej. To moje ogromne marzenie – nauczyć się podstaw gry na basie i nagrywać ścieżki basu na żywo, a nie z komputera. Może kiedyś?
Share on Facebook