Archiwum dla kategorii ◊ proza ◊

Brak fabuły
Saturday, November 28th, 2009 | Autor: Jakub Śpiewak

Już nigdy nie złożę obietnicy, bo zawsze ją łamię. Z każdą kropla atramentu wsiąkającego w papier jak pot i krew w dziwny całun. Z każdym stuknięciem klawiatury jak z każdym uderzeniem młota w dłoniach zdumionego cieśli lub jeszcze bardziej zdumionego legionisty. Z każdą literą ukazującą się na monitorze niczym łzy na twarzy nierządnej kochanki pod krzyżem.
I co z tego, że łamię obietnicę, by znów pisać, skoro jak stary dziad z Czarnolasu sobie piszę a muzom?

*

Lubię jasne sytuacje. Lubię jasno postawione pytania. Czy jest B.g? Czy wszystek umrę? Dlaczego sprawia mi przyjemność odczuwanie bólu? Czy będzie Sąd Ostateczny? Czym jest Dobro? Dlaczego czasem mam zaparcia i rozwolnienie?
Lubię jasne sytuacje. Zawsze można je zaciemnić. Lubię jasno postawione pytania. Bo nie ma jasnych odpowiedzi.

*

Anioł jest jak mały ognik, co migota i błyska, jakby to pewnie określił stary mistrz Leopold Staff. Wszędy jej pełno, a jakby nie było. Anioł boi się siebie. Strach przed samym sobą bywa strażnikiem przyzwoitości lub alibi dla jej braku. Anioł stoi na rozstraju. A ja wiem, że pójdzie dobrą drogą. A ja podążę za nią. Albo nie.

*

“A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój.
Nagle ptaki budzą mnie, tłukąc się do okien.”

*

Siedzę w małym pokoiku z nosem w monitorze mojego laptopa, z wielkimi słuchawkami na uszach i słucham “Bell of the light angel”. Lubię własne kompozycję. Komponuję dla siebie taką muzykę, jakiej bym chciał posłuchać. Piszę dla siebie takie wiersze, jakie chciałbym przeczytać. Maluję dla siebie takie obrazy, jakie chciałbym oglądać. To się nazywa samowystarczalność. Albo zjadanie własnego ogona.
Prawda, że to śmieszne? No, dobra… Żałosne?

*

Czekam na każdą chwilę spędzoną z M. I każdą chwilę potrafię zmarnować. To się nazywa talent samorodny. Prawda, że śmieszne? No, dobra… Żałosne?

*

Ponoć poetą się nie jest, poetą się bywa. Bzdura. Trzeba mieć w sobie dość ekshibicjonizmu, dość masochizmu, by dokonywać publicznej wiwisekcji, by obnażać wszystko, co tkwi gdzieś głęboko, na dnie i pokazywać to światu, by roztrząsać dylematy, które Inni odsuwają na sam koniec swojej świadomości, by wspominać wciąż to, co Inni wypierają ze swej pamięci, by analizować to i ubierać w słowa, a potem jeszcze pokazać to wszystko tym Innym, którzy będą śmiać się, wzruszać, zapominać. Zapominanie jest błogosławionym darem, którego poeta musi się wyzbyć. Poetą się jest. Nawet jeśli nie pisze się wierszy.

*

Kiedy zamykam oczy, widzę but dociskający mój kark do ziemi, widzę bat, który zadaje ból moim plecom, sznur, który pętając mnie, czyni bezradnym i bezbronnym, pozbawiając możliwości ucieczki. Ciężko o tym pisać, by nie popaść w grafomanię Leopolda von Sacher-Masocha. Ciężko o tym pisać, by nie popaść w pornografię rodem z tanich pisemek lub amatorskich stron internetowych. Ciężko o tym pisać, by nie popaść w egzaltację i namolne, łzawe pisanie rodem z tanich romansideł.

*

Anioł zamknęła mnie w szafie. Byłem nagi, ręce miałem skute kajdankami, a oczy zasłonięte opaską. Związała mi nogi w kostkach, a koniec tego sznura obwiązała wokół mojej szyi. Siedziałem na drewnianym dnie ze zgiętymi kolanami. Gdy trzasnęły zamykane drzwi szafy, pogrążyłem się w całkowitych ciemnościach.
Prawdą jest, przekonałem się wtedy o tym sam, to, co powiadają, iż utrata jednego ze zmysłów, wyostrza pozostałe. Z każdą spędzoną z zamkniętej szafie chwilą coraz mocniej odczuwałem chłód i niewygodę. Przede wszystkim jednak z każdą chwilą wyostrzał się mój słuch. Nie mogąc patrzeć, stałem się nasłuchiwać i po dobiegających mnie dźwiękach orientować się, co dzieje się na zewnątrz.
Słyszałem kroki Jej bosych stóp i krzątaninę. Nie wiedziałem, co dokładnie Anioł szykuje, ale bez trudu domyśliłem się, jakiego rodzaju są to przygotowania. Stało się to dla mnie już zupełnie jasne, gdy zamiast kroków bosych stóp usłyszałem stukot obcasów. Wiedziałem już, że ma właśnie na sobie swoje skórzane, długie aż za kolana, do ud, buty na cienkim wysokim obcasie, buty, które tak lubię.
W pewnym momencie drzwi szafy się otworzyły i moje oczy, mimo zasłaniającej je opaski, wychwyciły wpadające światło, a wyczulony węch złapał zapach papierosa. Wciągnąłem w nozdrza dym. Anioł pozwoliła mi dwa razy się zaciągnąć, a potem zamknęła szafę z powrotem. Ta odrobina dymu w płucach wzmocniła tylko we mnie potrzebę zapalenia. Dopiero teraz czułem, jak bardzo chce mi się palić.
Siedziałem w szafie dość długo, nie wiem sam, ile to trwało, ale na tyle długo, by wiele myśli przewinęło się przez moją głowę. Zastanawiałem się, co Anioł tym razem dla mnie przygotowuje. Zastanawiałem się, choć nadal nie umiem tego i tak wyjaśnić, skąd bierze się we mnie ta głęboka potrzeba uległości wobec Niej, odczuwania Jej dominacji, całkowitego podporządkowania się Jej woli; skąd we mnie pragnienie bólu i upokorzenia. Zastanawiałem się, jaka jej granica tej mojej uległości i nadal tego chyba nie wiem.
Przeszło mi przez myśl, że teraz, gdy jestem związany i zamknięty, Ona może zrobić właściwie wszystko. Może wyjść i zostawić mnie na tak długo, jak zechce. Może zapomnieć o mnie lub celowo udawać, że zapomniała, pozostawiając mnie na cały wieczór, noc, następny dzień. Nie wiedziałem, co dokładnie przygotowana, ale wiedziałem, że mogła przygotować wszystko. Ba! Wiedziałem, że cokolwiek wymyśliła, przyjmę to od Niej.
Przypomniała mi się scena z “Wenus w futrze”. Ufny i oddany mężczyzna pozwala kobiecie się związać, ta zaś ujawnia wtedy okrutną niespodziankę – oto w pokoju ukrywa się jej kochanek, a ona prosi go, by to on wychłostał jej związaną ofiarę. Przeszło mi przez myśl, że teraz przyjąłbym od Anioła i to. Ta myśl mnie przeraziła. Czasem przeraża mnie moja potrzeba uległości. Chyba wciąż nie udało mi się zaakceptować tego w sobie. Choć wcale nie chcę tego w sobie zmieniać.

*

Wbrew temu, co twierdzą niektórzy, pisanie nie jest wcale formą oczyszczenia. Od kilku kropli atramentu problemy w końcu nie znikają. Pisanie wręcz je pogłębia. Jakie to wzniosłe – mieć rozterki, dylematy! Cierpienie uszlachetnia ponoć, więc dzielimy włos na czworo, robimy publiczną wiwisekcję ku uciesze motłochu (tak, to o Tobie, Czytelniku), rozkoszujemy się bólem, każda łza zdaje się cenna i ważna niezwykle dla ludzkości. Nasłuchujemy i czekamy na ból, który zrodzi słowo, co powali na kolana. To chyba już zdrowiej dostać batem po plecach…

*

Spodziewaliście się fabuły? Zawiedliście się. Spodziewaliście się romansu? Nie będzie go. Spodziewaliście się sensu? Marzenia ściętej głowy. Spodziewaliście się przesłania? Nie liczcie na to. Spodziewaliście się zakończenia? No, to je macie.

Jeszua
Saturday, November 28th, 2009 | Autor: Jakub Śpiewak

Już tyle razy zaklinałem się, sam sobie przysięgałem: nie będę pisał. Wyrzekałem się Słowa. A Ono wracało, nie dawało spokoju, wyrywało się, skowyczało, szczebiotało, kusiło, groziło i w końcu dopinało swego. I znów sięgam po papier. Słowo wymaga wiarołomstwa?

………………………………………………………

“Coś się kończy, coś się zaczyna” – głosi przepowiednia elfów. Wszystko więc kończy się dobrze, bo Koniec jest Początkiem jak ów smok Urobos zjadający swój ogon. A oni mówili coś o mądrości Ludu Starszej Krwi…

………………………………………………………

Przysięgałem sobie nie pisać nigdy więcej. Jak wiele przysiąg, i ta została złamana. Przysięgałem sobie i sobie złamałem. Niektórzy z niedotrzymywania obietnic czynią cnotę. Niektórzy mienią słabość cnotą.

………………………………………………………

- Gdzież znowu biega ten chłopak? – mruknęła pod nosem Miriam, gotując strawę dla syna i męża.
- A za lekką ręką go trzymasz – machnął ręką Josif, siedząc zmęczony po całym dniu pracy.
- To dobry chłopak, Josif, taki wiek, że psoty mu w głowie i szutki – broniła syna.
- To i nie mówię przecie, że zły, ale ci jego koledzy… – zasępił się – Jeszcze z tego Baraby to może wyrośnie co, ale Damian i Kosma? Mówię ci, Kobieto, zły wpływ oni mają na naszego Jeshuę.
- Ano zły, ale co poradzisz? Zabronisz, to będzie w sekrecie z nimi biegał. Innej drogi nam trzeba.
- A bo to wszystko przez to babskie chowanie – żachnął się Josif – Pora już, żeby to zmienić.
- Toż to dzieciak ledwie, co ty wygadujesz?
- Dzieciak, dziecka… a za Magdaleną ślipiami łypie – uśmiechnął się mężczyzna – Ani się spostrzeżesz, a swatkę będzie nam trzeba wołać.
- Już ja mu uszu natrę! Wybiję mu tę Magdalenę ze łba!
- Dajże pokój, kobieto, taki wiek. Od jutra będzie się ojca trzymał, biorę go do roboty od rana… No, pójdźże tu, kobieto, i nie płacz, to nie nieszczęście żadne. Taka kolej rzeczy. No, pójdźże, żono, pójdź.
Miriam wtuliła się w męża. Na szczęście Jeshua spóźnił się bardzo. Rodzice mieli więc nieco czasu dla siebie.

………………………………………………………

Pamiętam ten dzień i chwilę. Zamykam oczy i mogę przywołać ją z pamięci. Przekomarzanie się, szermierka słowna, wszak lubię bawić się słowami. Widzę oczy, powiedziałem o jedno słowo za dużo. Przepraszam. I wtedy słyszę: “na kolana”. Klękam bez zastanowienia. Jej but dociska moją głowę do podłogi. Już wiem – oddałem jej władzę nad sobą. A miesiąc później zostaję sam. Władzę nad sobą odzyskuje po kilku latach. I ciągle szukam kogoś, komu bym ją oddał.

………………………………………………………

Ile razy sięgam po pióro (czy też – by odrzeć choć trochę proces twórczy z mitologii – ile razy zaczynam stukać w klawiaturę komputera), tyle razy solennie obiecuję sobie, że tym razem będzie inaczej. Już nie będzie krótkich notatek, pierwszosobowej narracji, zaburzonej chronologii, rwania wątków, autobiografizmu i autotematyzmów. Napiszę porządną prozę ze spójną historię, bez formalnych szaleństw.
Jak to powiedział pewien znany polityk: “chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze”.

………………………………………………………

Plum.

………………………………………………………

Jeżeli mój strach da Ci radość, będę lękiem. Jeśli mój ból da Ci radość, cały jestem bólem.

………………………………………………………

Choćbym się krył za imionami, obracał w dłoni Słowo, i tak wiem – pisanie to sztuka obnażania siebie.

………………………………………………………

Fantazja I
Zimno tu i niewygodnie. Siedzę zwinięty w kucki. Rozprostowałbym kości, ale ledwo mieszczę się w klatce, która wisi jakiś metr nad podłogą. Wokół panuje mrok, ledwo dostrzegam zarys piwnicznych ścian. W pomieszczeniu nie ma okien, nie dochodzi tu światło. Straciłem już rachubę czasu, nie wiem, czy to dzień, czy noc.

………………………………………………………

- No, synu, koniec na dziś – powiedział Josif – Dobrze się dzisiaj spisałeś.
Jeshua aż pokraśniał z dumy. Od miesiąca towarzyszył ojcu przy pracy, pomagał, ucząc się budowania domów. Skończył się dla niego okres beztroskiego dzieciństwa; to, że ojciec zabiera go ze sobą, znaczyło, iż traktuje go już jako mężczyznę, a nie – chłopca. Ciężka praca cieśli męczyła Jeshuę. Żal mu było swobody, jaką miał pod kuratelą matki. Jednocześnie rozpierała go jednak duma, którą podnosił fakt, że jego koledzy wciąż jeszcze biegali pod okiem swoich matek. Jeshua czuł ich zazdrość, widział, że traktują go teraz inaczej, z większym szacunkiem.
Teraz składał narzędzia, a ojciec zabezpieczał budowę na noc. Krzątali się wspólnie. Jeshua stanął i czekał na ojca. Ten podszedł do niego i ścisnął ramię chłopca.
- Jeshua, a teraz biegnij do swojej Magdaleny. Wiem, że czekałeś. Matce nic nie powiemy – uśmiechnął się ciepło i mrugnął porozumiewawczo do syna.

………………………………………………………

Sztuka pisania to sztuka kreślenia. Wymazuję więc słowa, jakbym sam sobie zadawał ból. Bo przecież każde z nich jest moje, każde jest mną. A jednak niektóre są zbędne. Jak ja.

………………………………………………………

Plum.

………………………………………………………

Mrok, między kolumnami nieśmiało przemykają się wielobarwne promienie światła. To słońce zakrada się witrażami. Ciemne mury przytłaczają, dwa rzędy kolumn jak honorowa warta na straży spokoju. Lecz czyj to spokój? Od wieków tak samo zniszczone, tak samo dostojne, tak samo niewzruszone. Idę środkiem niczym król między dwoma szpalerami rycerzy. Niczym król sam i niczym król mały. W pustych ścianach i martwej ciszy dudnią moje kroki, szeleści płaszcz.
Rozbłyska światło, odbija się w ścianach, dając im miliony ciepłych barw. Przede mną tłum postaci, chór aniołów, furkoczą skrzydła. I śpiew, aż ściska gardło, aż płyną łzy. Leżę z rozkrzyżowanymi ramionami. Chłód posadzki koi nagie ciało, a przejmujący ból chłosty pali. Te Deum miesza się z “In nomine Dei nostri Satanas Lucifer Excelsis”, “Kyrie Elejson” z “Kadish Yatom”. I te anioły tak przejmująco smutne.

………………………………………………………

Fantazja II
Leżę na podłodze zupełnie nagi. Moje nogi skrępowane są w kostkach i w kolanach mocnym sznurem, który boleśnie wżyna się w skórę. Ręce mam skrępowane w przegubach dłoni. Pośladki palą od bólu. Leżę sam i czekam, nie wiem, co nastąpi.

………………………………………………………

Szepcz mi do ucha. Choćby te słowa miały zabić.

………………………………………………………

Powolne odliczanie jak przed startem lub detonacją. Słucham w metrze “Ascension” Mike’a Oldfielda. Dobre słuchawki wytłumią dźwięki świata. Ospały szept prosto w uszy: “ten, nine, eight, seven, six, five, four, three, two, one, zero…” A kiedy równie ospałe “now” uderza mnie wolnym finałem, siedząca naprzeciw para zaczyna się całować, tacy weseli i wtuleni. A moja D.O. tak daleko…

………………………………………………………

Jeshua i Magdalena odmówili Brachot na szczęśliwą chwilę. Leżeli ukryci w jaskini, wtuleni w siebie tak mocno. Ciało w ciało, dusza w duszę. Teraz już byli Mężczyzną i Kobietą. Mogli snuć plany bez szans na spełnienie.

………………………………………………………

Uwielbiam spędzać czas na czatowych pogawędkach. Na ogół nie mają one żadnej treści. Ale za to są bezpieczne. Wirtualne życie jest jak pisanie. O ile jednak w wierszach czy w opowiadaniach tworzę postaci bohaterów, to czatując uzyskuję choć na chwilę władzę nad sobą. Autokreacja jest czymś cudownym. Akt tworzenia w formie doskonałej., zabawa samym sobą, prawda miesza się z fikcją i tylko pustka wokół wciąż taka sama.

………………………………………………………

Plum.

………………………………………………………

Fantazja III
Leżę na łóżku. Przysypiam. Spoglądam przez na wpół otwarte powieki i widzę Kobietę. Obdarzyłbym ją Słowem, kiedy tak wtula się miękko we mnie. Ale nie mówię nic. Gładzę tylko jej włosy.

………………………………………………………

I znów kładę się w pościel. Małe to moje łóżko. Specjalnie takie wybrałem, by pasowało na jedną osobę. Niewiele to jednak pomogło. I tak ostatnia myśl przed zaśnięciem i pierwsza po przebudzeniu to myśl o pustym łóżku.

………………………………………………………

“Kiedy mówię tak, to nie znaczy nie.
Kiedy mówię nie, to nie znaczy tak.
Kiedy pragnę cię, wiesz, że można wziąć.
Kiedy mam cię dość, nie zatrzymuj mnie.”

Roman Kostrzewski, KAT

………………………………………………………

Ktoś kiedyś opowiedział mi, że Nietsche dostrzegł na ulicy woźnicę, który katował konia. Nietsche rzucił się ponoć ratować konia i pod wpływem silnego wzburzenia miał wylew krwi do mózgu. Słynne koncepcje kojarzone z hitleryzmem mają podobno być dziełem siostry filozofa, która dokonała mistyfikacji, wkładając je w pióro brata. Później ktoś kiedyś powiedział mi, że to tylko taka historyjka i nic takiego nie miało miejsca. Jakkolwiek by nie było naprawdę, chcę wierzyć w tego filozofa spieszącego na ratunek zwierzęciu.

………………………………………………………

Josif był zadowolony. Właśnie skończyli pracę. Spojrzał z zadowoleniem na ukończoną chałupę. Wykonali zlecenie w terminie, a klient od razu zapłacił umówioną kwotę, dorzucając nawet troszkę więcej z wdzięczności za dotrzymanie terminu, co wśród cieśli nie było wcale regułą. Była to pierwsza robota, przy której Josifowi pomagał jego syn Jeshua i spisał się bardzo dobrze.
- Dobra robota, synu – rzekł, kładąc rękę na ramieniu chłopaka.
- Postawiliśmy piękny dom, tate – odparł Jeshua.
- My, cieśle, nie stawiamy domu, synu – pokręcił głową Josif – Cieśla stawia chałupę. Dom zbudują ci, którzy tu zamieszkają.

………………………………………………………

Czy można czerpać radość z bólu? Czy ktoś, kto najbardziej ceni sobie swoją wolność i dumę, może w pokorze zgiąć kark pod butem i sam podać ręce do spętania?

………………………………………………………

Fantazja IV
Siedzę znów sam. Odpalam papierosa od papierosa. Nie ma Kobiety koło mnie. Nigdy Jej już nie będzie. A może nigdy nie było.

………………………………………………………

Tym razem nie opowiem żadnej historii o sobie. Nie będzie opowieści, w której obnażyłbym się do końca i rozebrał na czynniki pierwsze jakiś związek. Jeśli ktoś na to liczył, to figę z makiem. Taki chuj!

………………………………………………………

Plum.

………………………………………………………

Doświadczony Uduchowiony Poeta Alternatywny (w skrócie DUPA) powinien mieć regularne depresje, powinien bać się światła, zamykać się w ciemnym pokoju (albo na odwrót), chować się w kącie i pić na umów, obgryzając paznokcie. Strachy kosmatymi łapkami winny dusić go i ciągnąć w otchłań. W zapuszczonym mieszkaniu, na brudnym barłogu, przy tanim winie taki oto DUPA powinien pieprzyć się z tanią dziwką, myśląc przy tym o swojej Muzie i tęsknie do niej wzdychać z głową uwięzioną między białymi udami. No, dobra… Przyjmijmy, że tak właśnie robię.

………………………………………………………

Noc była ciemna, jak to o tej porze roku bywa. Cała wieś spała sprawiedliwie. Nie było księżyca i tylko gwiazdy dawały lekkie światło, w którym wprawne i przywykłe do ciemności oczy Damiana, Kosmy, Barabasza, Jeshui i Szymona mogły dostrzec dom nauczyciela.
Damian, Kosma, Barabasz i Jeshua znali się od dawna i nieraz w nocy urywali się na przedziwne eskapady. Szymon mieszkał tu od niedawna i wybrał się z nimi po raz pierwszy. Wszyscy byli dobrze wyrośnięci i zbudowani, krzepcy, zdrowi, zahartowani codzienną pracą. Wyglądali jak ci przystojni chłopcy z plakatów socrealistycznych.

………………………………………………………

Kwiaty zamykały się, skrywając swe piękno, jakby przeczuwały zagładę. Stanęła w drzwiach bez pukania. Jej piękno miało moc uśmiercania.

………………………………………………………

- Kto u licha tłucze się po nocy? – mruknął wściekły jak osa Annasz, obudzony pukaniem do drzwi.
Pukanie nie ustawało, niechętnie zwlókł się więc z łóżka, zapalił oliwną lampkę i otworzył drzwi. Stał w nich Iskariota.

………………………………………………………

Stała tak w drzwiach, bez słowa, jej spojrzenie zmusiło mnie do uklęknięcia. Poczułem palący ból i obcas dociskający kark do podłogi.

………………………………………………………

I znów obiecam sobie, że już nigdy nie napiszę wiersza. I znów kiedyś złamię dane sobie słowo.

………………………………………………………

Barabasz, Damian, Kosma, Jeshua i Szymon skradali się jak koty. Byli już coraz bliżej domu nauczyciela. W ciągu dnia podzielili zadania, każdy z nich wiedział więc, co ma robić, aby wymyślony psikus się udał.

………………………………………………………

Każdego dnia proszę Go, bym nie był sam. Każdego dnia dziękuję Mu za samotność.

………………………………………………………

- Czekaj tu na mnie – rzucił Annasz do Iskarioty i wyszedł z domu, by obudzić Kajfasza.

………………………………………………………

Dom nauczyciela był już tuż, tuż. Młodzieńcy weszli na podwórze, ostrożnie unikając walających się sprzętów, by nagły hałas nie zdradził ich obecności.

………………………………………………………

Mozolnie stawiałem piękny pałac, stawialiśmy go razem. Ale runął. Czemu nie umiemy jak Zorba zachwycić się katastrofą? Czy to dlatego, że jako budowniczy byliśmy zarazem budulcem?

………………………………………………………

Co wieczór krzyczę do Ciebie. Co wieczór szepczę do Ciebie. Co wieczór skamlę do Ciebie. Co wieczór odpowiadasz mi Ciszą.

………………………………………………………

Chłostała mnie Słowem. Zawsze bałem się czułych wyzwań.

………………………………………………………

Annasz i Kajfasz obudzili Piłata, by wysłał swoich setników.

………………………………………………………

Nienawidzę swojego pisania. Nienawidzę tchórzostwa, które każe mi kryć się za słowami.

………………………………………………………

Damian, Kosma i Jeshua ostrożnie chwycili farbę i pędzle. Malowali drzwi nauczyciela w słońca i kwiaty. Jeshua dopisał jeszcze koślawymi literami “Make love not war”, zamieniając niechcący niewinny żart w polityczną demonstrację. Szymon stał na straży.

………………………………………………………

Kocham moje pisanie. Daje mi nadzieję, pozwalając skryć się za Słowem. Cóż z tego, że ona chłoszcze mnie tym Słowem, skoro B.g chłoszcze mnie Milczeniem.

………………………………………………………

Barabasz wypatrzył za oknem piwnicę. Zwędził dwa dzbany wina i uciekł.

………………………………………………………

Setnicy otoczyli Szymona.
- Gdzie są Barabasz, Damian, Kosma i wasz herszt Jeshua?
- Nie znam ich.
- Gdzie są Barabasz, Damian, Kosma i wasz herszt Jeshua?
- Nie znam ich.
- Gdzie są Barabasz, Damian, Kosma i wasz herszt Jeshua?
- Nie znam ich.

Po trzykroć…

………………………………………………………

Zajęci malowaniem młodzieńcy nie usłyszeli w porę nadchodzącego niebezpieczeństwa. Setnicy pojmali ich i poprowadzili wśród drwin. Szymona i Barabasza nie było z nimi.

………………………………………………………

Moje sny są chore. Ale nie modlę się o cud uzdrowienia.

………………………………………………………

Choć to Jeshua kierował wyprawą, uniknął kary. Publiczną chłostą ukarano Damiana i Kosmę. Na przywódcę czekał inny Los.

………………………………………………………

Odnalazłem niebieski, duży zeszyt. Odczytałem na okładce słowa “Sidur Tfila”. Otworzyłem go i zobaczyłem przepisane przez siebie ręcznie modlitwy. Przerysowane hebrajskie słowa, których nie umiałbym odczytać, gdyby nie zapis fonetyczny, ani zrozumieć, gdyby nie tłumaczenie. Chociaż nie znam hebrajskiego, uwielbiam brzmienie Słów. Kiwam się monotonnie, szepcząc “BARUCH ATA ADONAJ ELOHEJNU MELECH HAOLAM…”

………………………………………………………

Szedłem między drzewami przez las tak wielki, że nawet szybując nad nim niczym ptak, nie dojrzałbym jego granic. Drzewa rosły gęsto, a między nimi – krzewy jak dzieci przy rodzicach, a mimo to widać było wszystko, daleko, dokąd tylko wzrok sięgał, w tajemniczy zaś sposób wzrok wyostrzył się niby u sokoła. Spomiędzy konarów i gałęzi przebijało się światło, szukając drogi jak wędrowiec, którego już tylko kilka kroków dzieli od upragnionego i wyczekanego celu, po długiej, długiej wędrówce.
Szedłem powoli, ospale niemal, ze spokojem, który zadziwiał nawet mnie samego. Nie spieszyłem się, pośpiech bowiem nie miałby żadnego sensu. Nie wiedziałem, dokąd podążam, ale czułem w sobie pewność, że dojdę do celu dokładnie wtedy, kiedy powinienem. Ani ułamka sekundy za wcześnie. Ani ułamka sekundy za późno. Dokładnie w sam raz.
Gdy szedłem, gałęzie same rozstępowały się przede mną, aż czułem się władczo; gładziły moja twarz pieszczotliwie, odginając się, a potem prostowały, delikatnie popychając do przodu. Zadziwiająca muzyka lasu wskazywała mi drogę lekkim szumem i świstem, świergotem ptaków.
Im dłużej szedłem, tym większy czułem chłód. Nie był to jednak chłód przejmujący albo przykry. Przeciwnie. Było w nim coś niezwykle przyjemnego, zmysłowego. Tak chłodna jest kostka lodu, którą kochankowie pieszczą swoje rozgrzane ciała. Robiło się też coraz ciszej, cały gwar zostawał daleko za mną. Cały stawałem się oczekiwaniem na to, co najwyraźniej było coraz bliżej. Nie czułem żadnego lęku.
Nie było żadnego cudownego światła ani anielskiej muzyki. Milczenie. Chłód. Spokój. W nich wzięła mnie za rękę. Na szczycie góry czekał krzyż.

………………………………………………………

Plum.

Starcza czkawka
Saturday, November 28th, 2009 | Autor: Jakub Śpiewak

*

Patrzyłem w przeciwległą ścianę. Nie było w niej nic wartego choćby mgnienia oka. Siedziałem skulony w rogu łóżka, a żar papierosa palił mi wargi. Otaczała mnie cisza tak przejmująca, iż zdawało się, że stary i obłąkany skrzypek wygrywa jeszcze żałośliwą pieśń o utraconym bezpowrotnie statełe. W tej ciszy przeciwległa ściana krzyczała niczym kobieta z obrazu Müncha. Wokół mnie sami szaleńcy.
Hip Hip.

*

Żebrzę u A. o ten krótki czas, który mi poświęca. Błagam ją o spotkanie, bo nie mogę wytrzymać, kiedy jej nie widzę. Tak naprawdę, to A. prowokuje mnie, bym skamlał i prosił.

*

Kiedyś byłem ponoć młodym, dobrze zapowiadającym się poetą. W swoim nekrologu każę napisać: “zmarł Dawny Młody Dobrze Zapowiadający Się Poeta, robiąc miejsce następnemu w niekończącej się kolejce Młodych Dobrze Zapowiadających Się Poetów”.

*

Hip Hip

*

Śniłem kiedyś, że leżę chory. Przychodzi do mnie moja dziewczyna, poprawia poduszkę i troskliwie okrywa mnie kołdrą. Nie pamiętam, jak wyglądała moja senna dziewczyna. Dziś wiem, że sny nie są po to, by się spełniały, ale by mieć do czego tęsknić. Tylko po to, bym mógł znów powiedzieć – przegrałem.
Bywa.

*

Powtarzam ostatnio coraz częściej swoje Hip Hip, bez ładu i składu. Sam właściwie nie wiem, po co. Starcza czkawka Dawnego Młodego Dobrze Się Zapowiadającego Poety, w skrócie DMDSZP. Każdy DMDSZP ma prawo do swojej starczej czkawki. Hip Hip

*

LIST PIERWSZY
Moja A.
Właściwie nie mam prawa tak się do Ciebie zwracać. Jaka ty “moja”? Kto mi dał prawo uznać, że jesteś moja? Nie jesteś przecież moja. Ja jestem Twój i to wystarczy. Dobrze więc: A., tracę zmysły, kiedy Cię nie ma. Wiem, nie mam prawa Ci tego pisać. Pisanie takich słów jest jak szantaż.
Nie wyślę Ci tego listu.

*

Wszedłem w las. Był ciemny. Jego zieleń nie sprawiała wrażenie ciepłej i soczystej. Ponura, brudna zieleń. Wszedłem w las, a drzewa od razu mnie otoczyły – wrogowie na polu bitwy. Złośliwe, okładały mnie gniewnie gałęziami, drapały, raniły do krwi, szumiąc groźnie. A ja tak bałem się jasnego słońca na otwartym, żyznym polu.

*

A. przywołuje mnie i odpycha. “Chodź do mnie”, przyzywa, a kiedy przyjdę, po chwili odrzuca w kat, znudzona.
“Jestem mały miś, własność lali tej,
co mamy chce, kiedy zasypia”.
Georges Brassens

*

Smutne są dni misia o wyleniałym ze starości futerku i o bardzo małym rozumku.

*

Jakoś nigdy nie kusiło mnie by do Hip Hip dodać Hura.

*

Kocham ciemności. Wśród niewyraźnych konturów i cieni mebli nie widać, kiedy rozszerzają mi się źrenice, co – zdaniem Wielce Uczonych Ludzi (WUL) jest widocznym Niewerbalnym Komunikatem Stanu Lękowego (NKSL).
Jak każdy DMDSZP często wysyłam NKSL. W dobrym tonie jest przecież bać się zmierzchu i poranka, ciszy i ulicznego gwaru, milczenia i Słowa. Oczywiście, najważniejszy z tych lęków jest strach przed Słowem. Byłoby niemal nietaktem, gdyby DMDSZP nie pocił się przynajmniej raz dziennie z panicznego strachu przed Słowem. To się nazywa ponoć Męką Tworzenia. Prości ludzie określają to w sposób o wiele bardziej wysublimowany, patrząc na DMDSZP, pukając się w czoło i mówiąc: “Co za popapraniec”.
Hip Hip

*

Wszystkie przedstawione w tej książce postaci i wydarzenia są tak samo fikcyjne jak i sam autor, co w wolnym tłumaczeniu oznacza tyle, że nikt nie wie, co jest łgarstwem, to zaś wskazuje nam jednoznacznie, że łgarstwem jest wszystko. Zatoczyliśmy zatem koło i wróciliśmy do punktu wyjścia. I tak będzie przez cały czas.

*

Od czasu, gdy napisałem ostatni wiersz minęło już ponad 5 lat. Moje ostatnie opowiadanie skończyłem cztery lata temu. Zresztą, i tak nie było dobre. Nigdy nie wydałem żadnej książki, bo nie było takiego wariata, który by się na to poważył. A mimo to nadal nazywają mnie poetą!

*

W moich opowiadaniach (a trochę, niestety zdążyłem ich już popełnić), nigdy nie używałem imion, zawsze ograniczając się do podawania inicjałów. Tak jakby ktoś miał kiedyś to przeczytać i rozpoznać bohatera. Cóż za porażające zarozumialstwo! Jednak nigdy nie udało mi się z niego wyleczyć.

*

Ta książka jest o mnie, bo tylko na mnie znam się na tyle, by napisać więcej niż dwie strony maszynopisu. Tak krótkiego opowiadania nikt jednak nie chce kupić, słusznie skądinąd rozumując, że skoro płaci, to może wymagać czegoś więcej. Wiem, wiem, to takie kiczowate kokietowanie czytelnika.
Ta książka jest o niczym, więc jeśli szukacie czegoś konkretnego, po prostu odłóżcie ją z powrotem na półkę. Właściwie, nie wiem, o czym jest ta książka.

*

Mój kot najbardziej lubi dobierać się do śmieci. Zawsze znajdzie w nich jakąś ciekawą zabawkę, na przykład niedopałek papierosa albo opakowanie po zupie w proszku. Mój kot jest czarny i niezbyt wyrośnięty (w końcu to słaba płeć), ciągle coś broi, ale kiedy kładę się spać, natychmiast przychodzi, układa się na moim brzuchu albo głowie i swoim mruczeniem pomaga mi zasnąć. Kiedy się budzę, zawsze jest koło mnie i obraża się o to, że już wstaję. Kiedy wracam do domu, mój kot czeka na mnie w drzwiach i robi mi regularną awanturę. Cóż, takie już są uroki kobiety w domu.

*

Kiedyś kochałem się z J. Była dziwna, choć to akurat nie było wcale takie dziwne. Miała urocze piersi. To właściwie wszystko, co pamiętam. Aha, pożyczyłem jej kiedyś kurtkę i nigdy mi jej nie oddała.
Hip Hip

*

Czy wiecie, że przy pomocy komputera można napisać dowolną ilość książek, których nikt nigdy nie zechce przeczytać?
Czy wiecie, że przy pomocy komputera można skomponować dowolną ilość muzyki, której nikt nigdy nie zechce posłuchać?
Czy wiecie, że przy pomocy komputera można namalować dowolną ilość obrazów, których nikt nigdy nie zechce obejrzeć?
Ale zawsze znajdzie się ktoś, kogo do tego zmusimy.

*

Dawno, dawno temu (ale jednak za mojego żywota) pracowałem w redakcji Bardzo Poważnego Tygodnika Po Angielsku, w skrócie BPTPA. Moim szefem był Bardzo Szanowany Redaktor Naczelny, w skrócie BSRN.
Któregoś dnia Wielce Szanowny Idiota (WSI) wpadł na szalony pomysł i podpalił drzwi warszawskiej synagogi. Cóż, w każdym z nas drzemie piroman, więc może byłeś to Ty, Bardzo Przeze Mnie Wielbiony Czytelniku (BPMWC)? Z okazji tego podpalenia, w końcu okazji nie można marnować, w synagodze zebrali się Najbardziej Szacowni Obywatele Naszego Kraju, czyli NSONK, aby wyrazić Swój Głęboki Sprzeciw Natury Moralnej I Politycznej, tak zwany SGSNMIP.
Oczywiście, BSRN owego BPTPA z tejże samej okazji wysłał do synagogi mnie, Prostego Żydka i Pismaka (PŻIP). Wiadomo przecież wszem i wobec, że PŻIP + Płonąca Synagoga (PS) = Bardzo Ciekawy Materiał Dziennikarski (BCMD). A kiedy w BPTPA jest dużo BCMD, to wtedy BPTPA dobrze się sprzedaje, czyli jest Dużo Kochanych Pieniążków (DKP), a do tego wszystko w końcu się sprowadza.
Ja też lubię, kiedy jest DKP.

*

Myślicie może, że zwariowałem, zupełnie mi odbiło i dlatego do wszystkiego wymyślam skróty; że to taka nerwica natręctw? Nie, nie. Ja nie zwariowałem, to wy poszaleliście.

*

Dobra, dobra, każdy świr tak gada.

*

Kiedy na polecenie BSRN poszedłem do synagogi na spotkanie NSONK, uświadomiłem sobie, że po raz pierwszy w życiu jestem w synagodze w czasie modlitwy. Nie rozumiałem z niej ani słowa, nigdy przecież nie uczyłem się hebrajskiego. Rabin O Głosie Zarzynanego Bawołu (ROGZB) śpiewał, o ile można nazwać w ten sposób dźwięki, które z siebie wydawał, pieśni, których nigdy przedtem nie słyszałem. A jednak miałem wrażenie, że znam je doskonale, od zawsze; że to są moje pieśni. Dlatego uznałem, że tu jest moje miejsce. Ale hebrajskiego nie nauczyłem się do dzisiaj.

*

“Mój Boże, przecież ja jestem pisarzem”, pomyślałem sobie dzisiaj rano, z obrzydzeniem do samego siebie zauważając fakt, jak rzadko zdarza mi się pisać coś poza raportami, instrukcjami i innymi bzdurami, które tworzę na pęczki w pracy.
Ta książka nie ma fabuły ani akcji, pozbawiona jest spójności i głębszego sensu nie dlatego, że taki był zamysł autora, ale przez jego, to jest moje, lenistwo. Raz na jakiś czas przypominam sobie o swoim pisarskim powołaniu. Niektórzy nazywają taki stan natchnieniem, ja – przebłyskiem arogancji. Siadam wtedy przy komputerze i wpisuję to, co akurat przyjdzie mi do głowy.
Swoją drogą, gdzie się podziały te czasy, kiedy wybijało się słowa na maszynie do pisania albo skrobało pergamin gęsim piórem?

*

Nie ma we mnie miłości. Nie potrafię kochać. Tak długo już próbuję się w kimś zakochać. I nie jest prawdą, że nie byłoby w kim. To przekracza moje umiejętności. Nie umiem i już. Ten typ tak ma.

*

Słowo rodzi strach. Banalna prawda jest stara jak świat. Słowo zabija, Słowo daje życie. Ukrywam się w kącie pokoju, gdzie ciemno i cisza, nie dojrzy mnie Słowo, co przylatuje jak szpak. Słowo było na początku, a Bogiem było Słowo, a Słowo było i Dobrem i Złem. Krążą wokół mnie cienie ludzi, którzy Mówili, a dziś tylko Cisza i zawodny blask Otchłani. Zamykam oczy i nie ma mnie, nie ma, nie widać. Ale Słowo dojrzy mnie w kącie najciemniejszym, zabije jak zabiło ciebie i wskaże drogę, która błądzić pozwoli.
Czy widziałeś kiedyś Słowo? Napisałem je na ścianie pokoju, by zapomnieć Jego brzmienie; cieszyłem się jak dziecko, tańczyłem wokół stołu, który tyle już widział.
Hip Hip

*

Spotkałem po drodze A. Nie pamiętam, co do mnie mówiła. Jej oczy były smutne, a włosy miękko opadały na ramiona. Wyglądała jak anioł w wyciągniętym czarnym swetrze. Czy anioł może mieć ciało, które kusi z całych sił?

*

Rozmawiałem niedawno z Wielce Mądrym Krytykiem, w skrócie WMK. Był to Powszechnie Szanowny Obywatel, w skrócie PSO. Ów PSO, będący z sadomasochistycznego – jak sądzę – zamiłowania WMK, oznajmił mi, iż skończę jako utrzymanek kobiet albo jako alkoholik. Odparłem mu natychmiast, że najchętniej zostałbym Alkoholikiem Na Utrzymaniu Kobiet, w skrócie ANUK.

*

Po obu moich bokach przesuwają się nieskończenie długie ściany pełne maleńkich, kolorowych lampek, które zapalają się, gasną, migocą. Gdzieś w oddali lekko błękitna poświata, której kształtu nie umiem określić. Stoję zauroczony tym niecodziennym widokiem. (Wdech – wydech – wdech – wydech).
Nie mogę się ruszyć, ręce i nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Chcę obrócić głowę, ale szyja jakby nie moja. Chcę zamknąć oczy, ale one lepiej wiedzą niż ja, na co chcą patrzeć. Ściany pełne lampek przesuwają się bez przerwy, nie mają początku ani końca. Kosmos to dziwne miejsce, a może zresztą to nie jest kosmos. Sam nie wiem, czy moje oczy kłamią, tak piękny widok nie może przecież być prawdziwy.
Błękitna poświata zbliża się do mnie, nabiera kształtu. Włochata macka pająka wyłania się, sięgając w moją stronę. Wciąż nie mogę się poruszyć.

*

Anioły podobno są bezcielesne. Niektórzy przynajmniej tak twierdzą. Inni uważają z kolei, że anioły mają ciało, ale za to są bezpłciowe. W sumie, co za różnica – pożytku i tak z nich nie ma.

*

- Polewaj – rzucił Icchak znad pustego kieliszka. Opróżnił go co prawda dopiero przed chwilą, ledwie zdążył odstawić go na stół, ale w końcu wolno mu było. Chciał pić szybko, ja też, to i piliśmy.
Bez słowa nalałem nam obu czystej wódki. Piliśmy ze starych, karczemnych kieliszków z grubego, rżniętego szkła. Nie była to bynajmniej pierwsza kolejka. Jedna usta butelka stała już pod stołem, a teraz właśnie dostawiłem do niej drugą.
- Le chaim! – powiedziałem podnosząc kieliszek do ust.
- Le chaim! – odpowiedział i przechylając głowy do tyłu, opróżniliśmy kieliszki. Odwracając je do góry dnem na znak, że są puste, odstawiliśmy je na stół. Picie było od dłuższego już czasu naszym głównym zajęciem. Piliśmy codziennie. Byle nie myśleć, byle nie słyszeć tego, co wokół.
To wszystko było tak banalne, że aż chciało mi się rzygać. Rodzina w Auschwitz, pogrom w Kielcach, skurwysyn opowiadający antysemickie bzdury w kampanii wyborczej, brak Żydów do minianu. Wszystko to było dobijające, ale jednocześnie tak głupie. Piliśmy, żeby o tym nie myśleć.
Hip Hip

*

LIST DRUGI
A., byłem dzisiaj sam. Właściwie, to niby nic nadzwyczajnego. Zawsze jestem sam, bo i niby kto miałby być ze mną? Ale dzisiaj to “sam” znaczyło coś innego. Właściwie, nie umiem powiedzieć – co. Po prostu, czułem, że to “sam” jest inne. Nie było Cię obok mnie. Ale w końcu – kiedy jesteś? Nie umiałem nawet pomyśleć o Tobie. Wiesz? Próbowałem sobie przypomnieć Twoje oczy i miałem w głowie pustkę. Pustka przeraża. Ciekawe, czy Ty też boisz się Pustki? Nie, A., Ty przecież nie boisz się takich głupich rzeczy.
Siedziałem sobie w kącie pokoju, oczywiście po ciemku, wiesz przecież, że nie lubię światła, choć bez niego widzę jeszcze mniej niż normalnie (może właśnie dlatego?) Trzymałem gorący kubek herbaty miętowej, obejmując go obiema dłońmi. Siedziałem tak, próbując zobaczyć Twoją twarz. Mój starczy umysł jak zwykle zawiódł. Cóż. Mam w końcu 36 lat.

*

Kiedy zadzwoni do mnie A., powiem, że nie mam dla niej czasu. Teraz to ja będę ją trzymał na dystans i zwodził, pokazując, że mi nie zależy. A niech wie!

*

Kiedy zadzwoniła, mówiąc, że chce wpaść, oczywiście, zgodziłem się z uśmiechem.
Hip Hip.

*

Kiedy poznałem A., nie myślałem wcale o niej, ani o zakochaniu, ani w ogóle o niczym nie myślałem, bo to był okres bezmyślności. Takie okresy zdarzają mi się ostatnio coraz częściej. Rzekłbym wręcz, że teraz to raczej czasami zdarzają mi się okresy myślności.

*

Morze było tak niebieskie i tak przezroczyste, że nigdy nawet o czymś takim nie śniłem. Przez taflę spokojnej, choć nieskończenie głębokiej wody dojrzeć można było dno, a tuż nad nim pływające małe rybki. W rzeczywistości były one ogromne, jednak odległość i załamywanie się światła sprawiało, że zdawały się maleńkimi rybkami, jakie dzieci hodują w akwariach. Takie właśnie, błękitne morze gdzieś w dali zlewało się z równie błękitnym niebem, tak, że nie sposób było dojrzeć linii widnokręgu. Po tym lazurowym niebie płynęły niczym ogromne okręty śnieżnobiałe chmury, przybierając fantastyczne kształty i mieniąc się barwami od przechodzących przez nie promieni słońca. Wielkie, żółte jak letnie słoneczniki słońce świeciło z góry, swymi promieniami niby mackami dotykając powierzchni dna. Wokół panowała doskonała wręcz cisza, w której słychać było nawoływania majtków na płynącym przez tę idealną krainę okręcie. Wszyscy na statku pracowali przy wiosłach, gdyż wokół nie wiał nawet najmniejszy podmuch wiatru. Wszyscy wdychali niezwykle rześkie powietrze, które sprawiało, że przy wiosłowaniu nie czuli zmęczenia. Kiedy patrzyli na siebie, wszystkim zdawało się, że ich twarze odmłodniały i nabrały niespotykanej wręcz krasy.

*

“Tęcza nie stała się mniej urzekająco piękna, od kiedy poznaliśmy prawa załamywania się światła, którym zawdzięcza ona swoją krasę.”

Kondrad Lorenz

*

A wie Pan może, Panie Lorenz, skoro już Pan taki mądry, kto kazał światłu się załamywać?

*

Nadstawiłem policzek. Cóż, chrześcijańskie wychowanie odbija się czkawką. Hip Hip. Niestety, nie dostałem nawet pocałunku zdrady. Hip Hip.

*

Hej, czy jest tam kto? Wiesz, lubię czasem tak porozmawiać z Tobą. Mówię do Ciebie o wieczorach, gdy mój kot mości sobie miejsce pod kołdrą, wtulony we mnie miłośliwie. Mówię do Ciebie o porankach budzących mnie promieniami słońca i zmartwychwstającego codziennie miasta, kiedy to wstaję, obmywam oczy z nocnych koszmarów i powtarzam rytuał przygotowywania śniadania. Dla siebie. Mówię do Ciebie o książce, której znów nie miałem czasu przeczytać, o muzyce sprawiającej, że płyną łzy (a Ty już wiesz – to musi być któraś z płyt Mike’a Oldfielda). Mówię do Ciebie o tym obrazie (czarne płótno, a na środku samotna, soczysta limona), jaki przyśnił mi się ostatnio, a ja i tak nie umiem go namalować.
Jesteś Najlepszym Słuchaczem. Nie znam lepszego. Nigdy nie przerywasz opowieści, zawsze masz dla mnie czas. Chociaż Ty.

*

Moja dziewczyna nie lubi, gdy proponuję, że ją odprowadzę, kiedy ode mnie wychodzi. Nie pozwala, bym podawał jej ogień, widząc, że sięga po papierosa. Za postawienie na biurku jej fotografii, którą kilka dni wcześniej od niej dostałem, urządziła mi awanturę. W ten sposób przypomina mi, że nie jest moją dziewczyną.

*

Powiedz coś. Cokolwiek. Kiwnij palcem w bucie. Daj jakiś znak, żebym wiedział, że mnie słuchasz. Cokolwiek.
W końcu każdy ma w sobie kłamczuszka.

*

Hip hip

*

A, czekam choćby na kłamstwa.

*

A., każdej nocy toczę walkę dla ciebie. Każdą samotną nocą potykam się o sny.

*

LIST TRZECI
A.,
to takie nawet romantyczne – pisać listy, których nigdy nie dam Ci do przeczytania. Mogę w nich ująć wszystko, wiedząc, że nigdy się o tym nie dowiesz Kiedy jesteś obok, nigdy nie wiem, co mogę Ci powiedzieć, by nie wydać się śmiesznym i żałosnym. Boję się słów drwiących, boję się oczu gniewnych, boję się śmiechu szyderczego, boję się ciszy, gdy wyjdziesz, boję się czekania, boję się, że nie odważę się zadzwonić do Ciebie. Tak, A., jestem tchórzem, przepełnia mnie strach. Cały jestem strachem.
Powiedziałaś mi dzisiaj, że śniłem Ci się i wydałem się szlachetnym w tym Twoim śnie. A., ileż to razy koił mnie w nocy sen o Tobie! I ile razy przez sny budziłem się przerażony, gdy we śnie odchodziłaś; ile razy czułem we śnie zazdrość, choć przecież nie mam prawa do zazdrości. Ale snów nie imają się prawa.
Nie umiem pisać listów, A., nie umiem mówić. Nie umieć zagrać tak, od serca, ani namalować myśli. Jestem głuchy i ślepy. Moja A., to Tobie zawdzięczam swe kalectwo. To Ciebie za nie błogosławię.

*

Pup puk. Jest tam kto? Rozmawiam z Tobą? Czy kiedy w myślach odpowiadam na własne pytania, to Ty podsuwasz mi talerz pełen myśli soczystych jak jabłko, które tak zgrabnie zwiodło Adama? A może znów gadam sam ze sobą? Właściwie, niby z jakie powodu miałbyś do mnie mówić? W gruncie rzeczy, dlaczego miałbyś mnie słuchać? Tak naprawdę, czemu miałbyś istnieć?

*

“Nie umiem napisać jak ciebie kocham
lękam się ckliwej bezcielesności”

Anna Kamieńska

*

Lubię podkreślać swoje żydowskie korzenie. Choć nie ma w nich mojej zasługi, pozwalają mi one czuć się jednym z wybranych. Dopóki nie przypomnę sobie, jakie to idiotyczne. Hip hip

*

Jest zimno. Straszliwy ziąb, aż szczękają zęby, wygrywając podbalkonowe serenady. Kulę się w kącie, zawinięty po uszy w pled. Nawet ziąb jest Twoim posłannikiem, A. Zresztą, on tak bardzo czasem pasuje do Ciebie.

*

“I believe in miracles
I believe in better world
For me and you”

The Ramones

*

Ciekawe, po polsku to samo stałoby się w czystej postaci grafomanią. Hip hip

*

Świętego Łukasza nazywają ewangelistą grzeszników. Tylko on zauważył, że obok siebie stały trzy krzyże. Łebski był z niego osobnik – umiał zliczyć do trzech.

*

Był u mnie dzisiaj J. Jak zwykle pokłóciliśmy się o to samo i pozostaliśmy każdy przy swoim zdaniu.
- Słowo jest tworzywem – mówił – narzędziem w naszych rękach. To my nadajemy mu kształt, czynimy je miłosnym wyznaniem, obelgą lub analizą przepływu gotówki w ujęciu kwartalnym. Słowo jest niczym więcej jak bezładną zbieranina pochrząkiwań, a my nadajemy im sens i cel. Jesteśmy Panami Słowa, tworzymy je, lepimy jak garncarz na kole, wypiekamy i ofiarowujemy je komuś.
- Na początku było Słowo. – odpowiedziałem – A Słowo było u Boga. A Bogiem było Słowo.

*

I OPIS Z PODRÓŻY DO KRAIN DALEKICH
Nie znają tu ognia. Ogień domeną jest krainy wrażej. Panuje tu więc chłód, jak to zwykle bywa. Spróbujcie wysiąść z samolotu na wysokości trzech tysięcy metrów, a zrozumiecie, o czym mowa. I nie wierzcie w te bujdy o spadaniu. Znajdziecie się od razu w jednej z rozległych prowincji niebiańskiego kraju.
Obyczaje tu ustalone i każdy swoje miejsce w szeregu zna. Na szczycie społecznej drabiny jest Pan. Pod nim archanioły, anioły i cherubinowie rozliczni. (To taka miejscowa oligarchia.) Na równie z nimi, choć nieco z boku się trzymający, znajdują się święci i męczennicy. Ich wyobcowanie bierze się pewnikiem stąd, że powołuje się ich w ziemskiej krainie. Na samym dole tej hierarchii znajdują się duszyczki, które tu trafiły z racji swych zasług albo z braku rażących przewinień.
Lud niebieski jest muzykalny niezwykle. Każdy hymny tu wyśpiewuje całymi dniami, wychwalając tych, którzy znajdują się wyżej w hierarchii dziobania, wszyscy zaś jednako w hymnach swych wychwalają Pana.
Bunty wybuchają tu niezwykle rzadko i kończą się zawsze publiczną egzekucją, wśród miejscowych określaną jako strącanie aniołów, jako że to anioły właśnie najczęściej rokosze wzniecają.

*

LIST CZWARTY
Jestem dziś tak spokojny, A., i tak przerażony zarazem. Gdy wiem już, że odpychasz mnie dlatego, ze nie chcesz bym był daleko, a ja chowam się przed Tobą, byś zawsze wiedziała, gdzie jestem, czuję się taki radosny, że chciałbym wykrzyczeć to światu i taki spokojny, że nie jestem tak naiwny, jak się obawiałem, i taki przerażony, że nie sprostam, że Cię zawiodę, nie zasłużyłem przecież na taką radość i na ten spokój. A., tak marzę, by Cię teraz zobaczyć, by milczeć przy Tobie i patrzeć, i chłonąć chwilę, i trzymać się jej kurczowo, by trwała wiecznie. Przy Tobie nie czuję lęku przed Słowem, bo Słowo nie jest nam do niczego potrzebne.

*

Jestem już stary. Czuję zmarszczki na skórze. Patrzę dookoła z dystansem, na jaki pozwala mi moja starość. I już nie miotam się, bo widzę więcej. I coraz więcej we mnie strachu, że nie zdążę. I spokoju we mnie coraz więcej, choć nie wiem, co za drzwiami, choć nie wiem tego jeszcze bardziej niż dawniej. Ale nie muszę.

*

ręka niewprawna prowadzi pióro
śnieżna równina wykręca drogę
wstrzymuje marsz
koślawe słowa krzywe litery
myśli nieskładne
jak na początku
jak na początku

*

Powoli na nowo uczę się czekać. Na Twoje przyjście, uśmiech, ulotne spojrzenie, na Słowo. Na Śmierć.

*

Dziś już wiem, że nauka była daremna. “Nie będziemy ze sobą nigdy”, powiedziała mi dzisiaj A. Przecież uprzedzała zawczasu, że potrafi niespodzianie wbić nóż. Et tu, Brutus, conta me?

*

Każdy ma swojego Brutusa. Na jakiego zasłużył.

*

Hip hip

*

Tego dnia nie było żadnych znaków, a gęsi milczały jak zaklęte. Nie ostrzegły przed tym, co było tak nieuchronne jak Matiuszka Kostucha. Wyjrzało zza horyzontu słońce na bezchmurne niebo. Tak to już jest, gdy o jedno dziecko kłócą się dwie matki – jedna ma władzę narodzin, druga rządzi umieraniem.
Julius przeciągnął się jak każdego poranka. Zgodnie z wojskowym przyzwyczajeniem obmył się w zimnej wodzie, którą przyniosła niewolnica. Ubrał się w togę. “I znów te oficjalne obowiązki”, pomyślał. Wszak zaczynały się Idy.

*

J., z którym kłócimy się o Wszystko jest Poeta. Ja też jestem Poeta. Właśnie dlatego się kłócimy.

*

A., kiedy odchodzisz, wszystko się kończy. Potem wracasz. Orkiestra stroi instrumenty, by tak zagrać piano w tonacji d-moll. Lecz kiedyś nie wrócisz i już batuta nie będzie mi potrzebna. Wyrzucę pióra, połamię batutę, spalę wszystkie zwoje, które przodkowie pieczołowicie zbierali w Aleksandrii, ale nie umrę. Niestety. Cóż, jestem tchórzem. Hip hip.

*

Słowo rodzi się jak człowiek. Musi być ból, i pot, krew, i muszą być łzy. Słowo rodzi się w ciemności. Wyczekane. Jeśli jest strach i tęsknota za tym, co jednocześnie znane i nieznane, wyrwie się wreszcie Słowo i poszybuje, odejdzie. Słowo odchodzi jak człowiek.

*

II OPIS Z PODRÓZY DO KRAIN DALEKICH
Długa to była droga i milcząca. Wędrowaliśmy przez krainy rozległe, wrogie i każdym kamieniem mówiące: “Zawróć, wędrowcze, póki czas”. Widziałem starców wydzierających sobie twarde jak głazy pajdy chleba; kobiety o ciałach tak zniszczonych, że zdawały się błagać o choćby jedno pożądliwe spojrzenie; mężczyzn o załzawionych oczach i ogorzałych twarzach, leżących we krwi, dzieci bawiące się w magiczny rytuał kastrowania bezdomnych psów.
Wśród martwych pól, skał szarych i niedostępnych, ruin i rumowisk straszących kikutami spalonych wierzb, wśród domostw bez dachów i szyb w oknach krążyły dzikie zastępy najdziwniejszych stworów o oczach zimnych i mściwie, okrutnie zaciśniętych wargach.
Drogi płakały pod czarnym niebem o krwistej poświacie. Płacz ten był niemy jak złowroga cisza panująca wszędzie, dokąd tylko sięgał wzrok i słuch.

*

Tak dobrze mi, gdy A. jest ze mną, wtula się, całuje mnie i pieści. Tak dobrze, gdy już nie budzi we mnie zazdrości para całująca się w tramwaju. Tak dobrze, że czasem rodzi się we mnie strach, bo to nie może trwać, bo to na pewno okaże się snem.

*

Ja i A. spędzamy ze sobą tyle czasu. “Ja i A.” – ja kto brzmi! Ile razy to powtarzam, upajając się brzmieniem tych trzech głosek, w których mieści się tak wiele, nieskończenie wiele. Ja i A. spędzamy więc ze sobą tyle czasu, próbując nacieszyć się tym, co nam ofiarowano, co sami sobie wciąż ofiarowujemy.

*

Pamięć jest tylko bezładną składnicą pamięci. Zapomniany strych, dokąd po skrzypiących ze starości schodach idziemy zachłysnąć się zakurzonymi rupieciami.

*

Mój kot nie chce jeść, gdy wracam późno do domu, a karmią go przed moim powrotem. Siedzi w drzwiach i nasłuchuje, czy kroki na korytarzu nie są moimi, a gdy milkną, miauczy żałośnie. Kiedy zaś przyjdę wreszcie, kot wita mnie w drzwiach miauczącymi wymówkami i nie odstępuje na krok. Czeka, bym wziął go na ręce i spoglądając z dumą wokół (“Czy wszyscy to widzą?”) pozwala zanieść się do pokoju. Kiedy kładę się spać, kot zasypia miękko wtulony, mrucząc radośnie. Mój kot kocha mnie miłością, która wszystko rozumie i wszystko wybacza, która nie szuka poklasku i niczego w zamian nie pragnie, wie bowiem, że choćby znał wszystkie języki świata, a miłości by nie miał, byłby nikim.
Chociaż kot.

*

Całe szczęście, że milczysz, gdy mówię, nie odpowiadasz na pytania, choć tak bardzo bym chciał wiedzieć, że gdzieś tam jesteś, że kipot to naprawdę ślad Twej opiekuńczej dłoni, która prowadzi, pomaga wstać, gdy braknie już sił, wskazują u rozstajów drogę właściwą.. Tak pragnę luksusu modlitwy. Tylko, jak ja bym stanął przed Tobą?

*

Coraz mniej we mnie strachu. Nie kulę się już w kącie, nie chylę czoła przed Słowem. Nie czekam na Nie, jak się czeka, a ono przychodzi coraz rzadziej, jakby czuło, że coś się kończy.

*

Postanowiłem przestać pisać. W ogóle. Poważnie.