Już tyle razy zaklinałem się, sam sobie przysięgałem: nie będę pisał. Wyrzekałem się Słowa. A Ono wracało, nie dawało spokoju, wyrywało się, skowyczało, szczebiotało, kusiło, groziło i w końcu dopinało swego. I znów sięgam po papier. Słowo wymaga wiarołomstwa?
………………………………………………………
“Coś się kończy, coś się zaczyna” – głosi przepowiednia elfów. Wszystko więc kończy się dobrze, bo Koniec jest Początkiem jak ów smok Urobos zjadający swój ogon. A oni mówili coś o mądrości Ludu Starszej Krwi…
………………………………………………………
Przysięgałem sobie nie pisać nigdy więcej. Jak wiele przysiąg, i ta została złamana. Przysięgałem sobie i sobie złamałem. Niektórzy z niedotrzymywania obietnic czynią cnotę. Niektórzy mienią słabość cnotą.
………………………………………………………
- Gdzież znowu biega ten chłopak? – mruknęła pod nosem Miriam, gotując strawę dla syna i męża.
- A za lekką ręką go trzymasz – machnął ręką Josif, siedząc zmęczony po całym dniu pracy.
- To dobry chłopak, Josif, taki wiek, że psoty mu w głowie i szutki – broniła syna.
- To i nie mówię przecie, że zły, ale ci jego koledzy… – zasępił się – Jeszcze z tego Baraby to może wyrośnie co, ale Damian i Kosma? Mówię ci, Kobieto, zły wpływ oni mają na naszego Jeshuę.
- Ano zły, ale co poradzisz? Zabronisz, to będzie w sekrecie z nimi biegał. Innej drogi nam trzeba.
- A bo to wszystko przez to babskie chowanie – żachnął się Josif – Pora już, żeby to zmienić.
- Toż to dzieciak ledwie, co ty wygadujesz?
- Dzieciak, dziecka… a za Magdaleną ślipiami łypie – uśmiechnął się mężczyzna – Ani się spostrzeżesz, a swatkę będzie nam trzeba wołać.
- Już ja mu uszu natrę! Wybiję mu tę Magdalenę ze łba!
- Dajże pokój, kobieto, taki wiek. Od jutra będzie się ojca trzymał, biorę go do roboty od rana… No, pójdźże tu, kobieto, i nie płacz, to nie nieszczęście żadne. Taka kolej rzeczy. No, pójdźże, żono, pójdź.
Miriam wtuliła się w męża. Na szczęście Jeshua spóźnił się bardzo. Rodzice mieli więc nieco czasu dla siebie.
………………………………………………………
Pamiętam ten dzień i chwilę. Zamykam oczy i mogę przywołać ją z pamięci. Przekomarzanie się, szermierka słowna, wszak lubię bawić się słowami. Widzę oczy, powiedziałem o jedno słowo za dużo. Przepraszam. I wtedy słyszę: “na kolana”. Klękam bez zastanowienia. Jej but dociska moją głowę do podłogi. Już wiem – oddałem jej władzę nad sobą. A miesiąc później zostaję sam. Władzę nad sobą odzyskuje po kilku latach. I ciągle szukam kogoś, komu bym ją oddał.
………………………………………………………
Ile razy sięgam po pióro (czy też – by odrzeć choć trochę proces twórczy z mitologii – ile razy zaczynam stukać w klawiaturę komputera), tyle razy solennie obiecuję sobie, że tym razem będzie inaczej. Już nie będzie krótkich notatek, pierwszosobowej narracji, zaburzonej chronologii, rwania wątków, autobiografizmu i autotematyzmów. Napiszę porządną prozę ze spójną historię, bez formalnych szaleństw.
Jak to powiedział pewien znany polityk: “chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze”.
………………………………………………………
Plum.
………………………………………………………
Jeżeli mój strach da Ci radość, będę lękiem. Jeśli mój ból da Ci radość, cały jestem bólem.
………………………………………………………
Choćbym się krył za imionami, obracał w dłoni Słowo, i tak wiem – pisanie to sztuka obnażania siebie.
………………………………………………………
Fantazja I
Zimno tu i niewygodnie. Siedzę zwinięty w kucki. Rozprostowałbym kości, ale ledwo mieszczę się w klatce, która wisi jakiś metr nad podłogą. Wokół panuje mrok, ledwo dostrzegam zarys piwnicznych ścian. W pomieszczeniu nie ma okien, nie dochodzi tu światło. Straciłem już rachubę czasu, nie wiem, czy to dzień, czy noc.
………………………………………………………
- No, synu, koniec na dziś – powiedział Josif – Dobrze się dzisiaj spisałeś.
Jeshua aż pokraśniał z dumy. Od miesiąca towarzyszył ojcu przy pracy, pomagał, ucząc się budowania domów. Skończył się dla niego okres beztroskiego dzieciństwa; to, że ojciec zabiera go ze sobą, znaczyło, iż traktuje go już jako mężczyznę, a nie – chłopca. Ciężka praca cieśli męczyła Jeshuę. Żal mu było swobody, jaką miał pod kuratelą matki. Jednocześnie rozpierała go jednak duma, którą podnosił fakt, że jego koledzy wciąż jeszcze biegali pod okiem swoich matek. Jeshua czuł ich zazdrość, widział, że traktują go teraz inaczej, z większym szacunkiem.
Teraz składał narzędzia, a ojciec zabezpieczał budowę na noc. Krzątali się wspólnie. Jeshua stanął i czekał na ojca. Ten podszedł do niego i ścisnął ramię chłopca.
- Jeshua, a teraz biegnij do swojej Magdaleny. Wiem, że czekałeś. Matce nic nie powiemy – uśmiechnął się ciepło i mrugnął porozumiewawczo do syna.
………………………………………………………
Sztuka pisania to sztuka kreślenia. Wymazuję więc słowa, jakbym sam sobie zadawał ból. Bo przecież każde z nich jest moje, każde jest mną. A jednak niektóre są zbędne. Jak ja.
………………………………………………………
Plum.
………………………………………………………
Mrok, między kolumnami nieśmiało przemykają się wielobarwne promienie światła. To słońce zakrada się witrażami. Ciemne mury przytłaczają, dwa rzędy kolumn jak honorowa warta na straży spokoju. Lecz czyj to spokój? Od wieków tak samo zniszczone, tak samo dostojne, tak samo niewzruszone. Idę środkiem niczym król między dwoma szpalerami rycerzy. Niczym król sam i niczym król mały. W pustych ścianach i martwej ciszy dudnią moje kroki, szeleści płaszcz.
Rozbłyska światło, odbija się w ścianach, dając im miliony ciepłych barw. Przede mną tłum postaci, chór aniołów, furkoczą skrzydła. I śpiew, aż ściska gardło, aż płyną łzy. Leżę z rozkrzyżowanymi ramionami. Chłód posadzki koi nagie ciało, a przejmujący ból chłosty pali. Te Deum miesza się z “In nomine Dei nostri Satanas Lucifer Excelsis”, “Kyrie Elejson” z “Kadish Yatom”. I te anioły tak przejmująco smutne.
………………………………………………………
Fantazja II
Leżę na podłodze zupełnie nagi. Moje nogi skrępowane są w kostkach i w kolanach mocnym sznurem, który boleśnie wżyna się w skórę. Ręce mam skrępowane w przegubach dłoni. Pośladki palą od bólu. Leżę sam i czekam, nie wiem, co nastąpi.
………………………………………………………
Szepcz mi do ucha. Choćby te słowa miały zabić.
………………………………………………………
Powolne odliczanie jak przed startem lub detonacją. Słucham w metrze “Ascension” Mike’a Oldfielda. Dobre słuchawki wytłumią dźwięki świata. Ospały szept prosto w uszy: “ten, nine, eight, seven, six, five, four, three, two, one, zero…” A kiedy równie ospałe “now” uderza mnie wolnym finałem, siedząca naprzeciw para zaczyna się całować, tacy weseli i wtuleni. A moja D.O. tak daleko…
………………………………………………………
Jeshua i Magdalena odmówili Brachot na szczęśliwą chwilę. Leżeli ukryci w jaskini, wtuleni w siebie tak mocno. Ciało w ciało, dusza w duszę. Teraz już byli Mężczyzną i Kobietą. Mogli snuć plany bez szans na spełnienie.
………………………………………………………
Uwielbiam spędzać czas na czatowych pogawędkach. Na ogół nie mają one żadnej treści. Ale za to są bezpieczne. Wirtualne życie jest jak pisanie. O ile jednak w wierszach czy w opowiadaniach tworzę postaci bohaterów, to czatując uzyskuję choć na chwilę władzę nad sobą. Autokreacja jest czymś cudownym. Akt tworzenia w formie doskonałej., zabawa samym sobą, prawda miesza się z fikcją i tylko pustka wokół wciąż taka sama.
………………………………………………………
Plum.
………………………………………………………
Fantazja III
Leżę na łóżku. Przysypiam. Spoglądam przez na wpół otwarte powieki i widzę Kobietę. Obdarzyłbym ją Słowem, kiedy tak wtula się miękko we mnie. Ale nie mówię nic. Gładzę tylko jej włosy.
………………………………………………………
I znów kładę się w pościel. Małe to moje łóżko. Specjalnie takie wybrałem, by pasowało na jedną osobę. Niewiele to jednak pomogło. I tak ostatnia myśl przed zaśnięciem i pierwsza po przebudzeniu to myśl o pustym łóżku.
………………………………………………………
“Kiedy mówię tak, to nie znaczy nie.
Kiedy mówię nie, to nie znaczy tak.
Kiedy pragnę cię, wiesz, że można wziąć.
Kiedy mam cię dość, nie zatrzymuj mnie.”
Roman Kostrzewski, KAT
………………………………………………………
Ktoś kiedyś opowiedział mi, że Nietsche dostrzegł na ulicy woźnicę, który katował konia. Nietsche rzucił się ponoć ratować konia i pod wpływem silnego wzburzenia miał wylew krwi do mózgu. Słynne koncepcje kojarzone z hitleryzmem mają podobno być dziełem siostry filozofa, która dokonała mistyfikacji, wkładając je w pióro brata. Później ktoś kiedyś powiedział mi, że to tylko taka historyjka i nic takiego nie miało miejsca. Jakkolwiek by nie było naprawdę, chcę wierzyć w tego filozofa spieszącego na ratunek zwierzęciu.
………………………………………………………
Josif był zadowolony. Właśnie skończyli pracę. Spojrzał z zadowoleniem na ukończoną chałupę. Wykonali zlecenie w terminie, a klient od razu zapłacił umówioną kwotę, dorzucając nawet troszkę więcej z wdzięczności za dotrzymanie terminu, co wśród cieśli nie było wcale regułą. Była to pierwsza robota, przy której Josifowi pomagał jego syn Jeshua i spisał się bardzo dobrze.
- Dobra robota, synu – rzekł, kładąc rękę na ramieniu chłopaka.
- Postawiliśmy piękny dom, tate – odparł Jeshua.
- My, cieśle, nie stawiamy domu, synu – pokręcił głową Josif – Cieśla stawia chałupę. Dom zbudują ci, którzy tu zamieszkają.
………………………………………………………
Czy można czerpać radość z bólu? Czy ktoś, kto najbardziej ceni sobie swoją wolność i dumę, może w pokorze zgiąć kark pod butem i sam podać ręce do spętania?
………………………………………………………
Fantazja IV
Siedzę znów sam. Odpalam papierosa od papierosa. Nie ma Kobiety koło mnie. Nigdy Jej już nie będzie. A może nigdy nie było.
………………………………………………………
Tym razem nie opowiem żadnej historii o sobie. Nie będzie opowieści, w której obnażyłbym się do końca i rozebrał na czynniki pierwsze jakiś związek. Jeśli ktoś na to liczył, to figę z makiem. Taki chuj!
………………………………………………………
Plum.
………………………………………………………
Doświadczony Uduchowiony Poeta Alternatywny (w skrócie DUPA) powinien mieć regularne depresje, powinien bać się światła, zamykać się w ciemnym pokoju (albo na odwrót), chować się w kącie i pić na umów, obgryzając paznokcie. Strachy kosmatymi łapkami winny dusić go i ciągnąć w otchłań. W zapuszczonym mieszkaniu, na brudnym barłogu, przy tanim winie taki oto DUPA powinien pieprzyć się z tanią dziwką, myśląc przy tym o swojej Muzie i tęsknie do niej wzdychać z głową uwięzioną między białymi udami. No, dobra… Przyjmijmy, że tak właśnie robię.
………………………………………………………
Noc była ciemna, jak to o tej porze roku bywa. Cała wieś spała sprawiedliwie. Nie było księżyca i tylko gwiazdy dawały lekkie światło, w którym wprawne i przywykłe do ciemności oczy Damiana, Kosmy, Barabasza, Jeshui i Szymona mogły dostrzec dom nauczyciela.
Damian, Kosma, Barabasz i Jeshua znali się od dawna i nieraz w nocy urywali się na przedziwne eskapady. Szymon mieszkał tu od niedawna i wybrał się z nimi po raz pierwszy. Wszyscy byli dobrze wyrośnięci i zbudowani, krzepcy, zdrowi, zahartowani codzienną pracą. Wyglądali jak ci przystojni chłopcy z plakatów socrealistycznych.
………………………………………………………
Kwiaty zamykały się, skrywając swe piękno, jakby przeczuwały zagładę. Stanęła w drzwiach bez pukania. Jej piękno miało moc uśmiercania.
………………………………………………………
- Kto u licha tłucze się po nocy? – mruknął wściekły jak osa Annasz, obudzony pukaniem do drzwi.
Pukanie nie ustawało, niechętnie zwlókł się więc z łóżka, zapalił oliwną lampkę i otworzył drzwi. Stał w nich Iskariota.
………………………………………………………
Stała tak w drzwiach, bez słowa, jej spojrzenie zmusiło mnie do uklęknięcia. Poczułem palący ból i obcas dociskający kark do podłogi.
………………………………………………………
I znów obiecam sobie, że już nigdy nie napiszę wiersza. I znów kiedyś złamię dane sobie słowo.
………………………………………………………
Barabasz, Damian, Kosma, Jeshua i Szymon skradali się jak koty. Byli już coraz bliżej domu nauczyciela. W ciągu dnia podzielili zadania, każdy z nich wiedział więc, co ma robić, aby wymyślony psikus się udał.
………………………………………………………
Każdego dnia proszę Go, bym nie był sam. Każdego dnia dziękuję Mu za samotność.
………………………………………………………
- Czekaj tu na mnie – rzucił Annasz do Iskarioty i wyszedł z domu, by obudzić Kajfasza.
………………………………………………………
Dom nauczyciela był już tuż, tuż. Młodzieńcy weszli na podwórze, ostrożnie unikając walających się sprzętów, by nagły hałas nie zdradził ich obecności.
………………………………………………………
Mozolnie stawiałem piękny pałac, stawialiśmy go razem. Ale runął. Czemu nie umiemy jak Zorba zachwycić się katastrofą? Czy to dlatego, że jako budowniczy byliśmy zarazem budulcem?
………………………………………………………
Co wieczór krzyczę do Ciebie. Co wieczór szepczę do Ciebie. Co wieczór skamlę do Ciebie. Co wieczór odpowiadasz mi Ciszą.
………………………………………………………
Chłostała mnie Słowem. Zawsze bałem się czułych wyzwań.
………………………………………………………
Annasz i Kajfasz obudzili Piłata, by wysłał swoich setników.
………………………………………………………
Nienawidzę swojego pisania. Nienawidzę tchórzostwa, które każe mi kryć się za słowami.
………………………………………………………
Damian, Kosma i Jeshua ostrożnie chwycili farbę i pędzle. Malowali drzwi nauczyciela w słońca i kwiaty. Jeshua dopisał jeszcze koślawymi literami “Make love not war”, zamieniając niechcący niewinny żart w polityczną demonstrację. Szymon stał na straży.
………………………………………………………
Kocham moje pisanie. Daje mi nadzieję, pozwalając skryć się za Słowem. Cóż z tego, że ona chłoszcze mnie tym Słowem, skoro B.g chłoszcze mnie Milczeniem.
………………………………………………………
Barabasz wypatrzył za oknem piwnicę. Zwędził dwa dzbany wina i uciekł.
………………………………………………………
Setnicy otoczyli Szymona.
- Gdzie są Barabasz, Damian, Kosma i wasz herszt Jeshua?
- Nie znam ich.
- Gdzie są Barabasz, Damian, Kosma i wasz herszt Jeshua?
- Nie znam ich.
- Gdzie są Barabasz, Damian, Kosma i wasz herszt Jeshua?
- Nie znam ich.
Po trzykroć…
………………………………………………………
Zajęci malowaniem młodzieńcy nie usłyszeli w porę nadchodzącego niebezpieczeństwa. Setnicy pojmali ich i poprowadzili wśród drwin. Szymona i Barabasza nie było z nimi.
………………………………………………………
Moje sny są chore. Ale nie modlę się o cud uzdrowienia.
………………………………………………………
Choć to Jeshua kierował wyprawą, uniknął kary. Publiczną chłostą ukarano Damiana i Kosmę. Na przywódcę czekał inny Los.
………………………………………………………
Odnalazłem niebieski, duży zeszyt. Odczytałem na okładce słowa “Sidur Tfila”. Otworzyłem go i zobaczyłem przepisane przez siebie ręcznie modlitwy. Przerysowane hebrajskie słowa, których nie umiałbym odczytać, gdyby nie zapis fonetyczny, ani zrozumieć, gdyby nie tłumaczenie. Chociaż nie znam hebrajskiego, uwielbiam brzmienie Słów. Kiwam się monotonnie, szepcząc “BARUCH ATA ADONAJ ELOHEJNU MELECH HAOLAM…”
………………………………………………………
Szedłem między drzewami przez las tak wielki, że nawet szybując nad nim niczym ptak, nie dojrzałbym jego granic. Drzewa rosły gęsto, a między nimi – krzewy jak dzieci przy rodzicach, a mimo to widać było wszystko, daleko, dokąd tylko wzrok sięgał, w tajemniczy zaś sposób wzrok wyostrzył się niby u sokoła. Spomiędzy konarów i gałęzi przebijało się światło, szukając drogi jak wędrowiec, którego już tylko kilka kroków dzieli od upragnionego i wyczekanego celu, po długiej, długiej wędrówce.
Szedłem powoli, ospale niemal, ze spokojem, który zadziwiał nawet mnie samego. Nie spieszyłem się, pośpiech bowiem nie miałby żadnego sensu. Nie wiedziałem, dokąd podążam, ale czułem w sobie pewność, że dojdę do celu dokładnie wtedy, kiedy powinienem. Ani ułamka sekundy za wcześnie. Ani ułamka sekundy za późno. Dokładnie w sam raz.
Gdy szedłem, gałęzie same rozstępowały się przede mną, aż czułem się władczo; gładziły moja twarz pieszczotliwie, odginając się, a potem prostowały, delikatnie popychając do przodu. Zadziwiająca muzyka lasu wskazywała mi drogę lekkim szumem i świstem, świergotem ptaków.
Im dłużej szedłem, tym większy czułem chłód. Nie był to jednak chłód przejmujący albo przykry. Przeciwnie. Było w nim coś niezwykle przyjemnego, zmysłowego. Tak chłodna jest kostka lodu, którą kochankowie pieszczą swoje rozgrzane ciała. Robiło się też coraz ciszej, cały gwar zostawał daleko za mną. Cały stawałem się oczekiwaniem na to, co najwyraźniej było coraz bliżej. Nie czułem żadnego lęku.
Nie było żadnego cudownego światła ani anielskiej muzyki. Milczenie. Chłód. Spokój. W nich wzięła mnie za rękę. Na szczycie góry czekał krzyż.
………………………………………………………
Plum.


Posted in
Tags: 





