Już nigdy nie złożę obietnicy, bo zawsze ją łamię. Z każdą kropla atramentu wsiąkającego w papier jak pot i krew w dziwny całun. Z każdym stuknięciem klawiatury jak z każdym uderzeniem młota w dłoniach zdumionego cieśli lub jeszcze bardziej zdumionego legionisty. Z każdą literą ukazującą się na monitorze niczym łzy na twarzy nierządnej kochanki pod krzyżem.
I co z tego, że łamię obietnicę, by znów pisać, skoro jak stary dziad z Czarnolasu sobie piszę a muzom?
*
Lubię jasne sytuacje. Lubię jasno postawione pytania. Czy jest B.g? Czy wszystek umrę? Dlaczego sprawia mi przyjemność odczuwanie bólu? Czy będzie Sąd Ostateczny? Czym jest Dobro? Dlaczego czasem mam zaparcia i rozwolnienie?
Lubię jasne sytuacje. Zawsze można je zaciemnić. Lubię jasno postawione pytania. Bo nie ma jasnych odpowiedzi.
*
Anioł jest jak mały ognik, co migota i błyska, jakby to pewnie określił stary mistrz Leopold Staff. Wszędy jej pełno, a jakby nie było. Anioł boi się siebie. Strach przed samym sobą bywa strażnikiem przyzwoitości lub alibi dla jej braku. Anioł stoi na rozstraju. A ja wiem, że pójdzie dobrą drogą. A ja podążę za nią. Albo nie.
*
“A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój.
Nagle ptaki budzą mnie, tłukąc się do okien.”
*
Siedzę w małym pokoiku z nosem w monitorze mojego laptopa, z wielkimi słuchawkami na uszach i słucham “Bell of the light angel”. Lubię własne kompozycję. Komponuję dla siebie taką muzykę, jakiej bym chciał posłuchać. Piszę dla siebie takie wiersze, jakie chciałbym przeczytać. Maluję dla siebie takie obrazy, jakie chciałbym oglądać. To się nazywa samowystarczalność. Albo zjadanie własnego ogona.
Prawda, że to śmieszne? No, dobra… Żałosne?
*
Czekam na każdą chwilę spędzoną z M. I każdą chwilę potrafię zmarnować. To się nazywa talent samorodny. Prawda, że śmieszne? No, dobra… Żałosne?
*
Ponoć poetą się nie jest, poetą się bywa. Bzdura. Trzeba mieć w sobie dość ekshibicjonizmu, dość masochizmu, by dokonywać publicznej wiwisekcji, by obnażać wszystko, co tkwi gdzieś głęboko, na dnie i pokazywać to światu, by roztrząsać dylematy, które Inni odsuwają na sam koniec swojej świadomości, by wspominać wciąż to, co Inni wypierają ze swej pamięci, by analizować to i ubierać w słowa, a potem jeszcze pokazać to wszystko tym Innym, którzy będą śmiać się, wzruszać, zapominać. Zapominanie jest błogosławionym darem, którego poeta musi się wyzbyć. Poetą się jest. Nawet jeśli nie pisze się wierszy.
*
Kiedy zamykam oczy, widzę but dociskający mój kark do ziemi, widzę bat, który zadaje ból moim plecom, sznur, który pętając mnie, czyni bezradnym i bezbronnym, pozbawiając możliwości ucieczki. Ciężko o tym pisać, by nie popaść w grafomanię Leopolda von Sacher-Masocha. Ciężko o tym pisać, by nie popaść w pornografię rodem z tanich pisemek lub amatorskich stron internetowych. Ciężko o tym pisać, by nie popaść w egzaltację i namolne, łzawe pisanie rodem z tanich romansideł.
*
Anioł zamknęła mnie w szafie. Byłem nagi, ręce miałem skute kajdankami, a oczy zasłonięte opaską. Związała mi nogi w kostkach, a koniec tego sznura obwiązała wokół mojej szyi. Siedziałem na drewnianym dnie ze zgiętymi kolanami. Gdy trzasnęły zamykane drzwi szafy, pogrążyłem się w całkowitych ciemnościach.
Prawdą jest, przekonałem się wtedy o tym sam, to, co powiadają, iż utrata jednego ze zmysłów, wyostrza pozostałe. Z każdą spędzoną z zamkniętej szafie chwilą coraz mocniej odczuwałem chłód i niewygodę. Przede wszystkim jednak z każdą chwilą wyostrzał się mój słuch. Nie mogąc patrzeć, stałem się nasłuchiwać i po dobiegających mnie dźwiękach orientować się, co dzieje się na zewnątrz.
Słyszałem kroki Jej bosych stóp i krzątaninę. Nie wiedziałem, co dokładnie Anioł szykuje, ale bez trudu domyśliłem się, jakiego rodzaju są to przygotowania. Stało się to dla mnie już zupełnie jasne, gdy zamiast kroków bosych stóp usłyszałem stukot obcasów. Wiedziałem już, że ma właśnie na sobie swoje skórzane, długie aż za kolana, do ud, buty na cienkim wysokim obcasie, buty, które tak lubię.
W pewnym momencie drzwi szafy się otworzyły i moje oczy, mimo zasłaniającej je opaski, wychwyciły wpadające światło, a wyczulony węch złapał zapach papierosa. Wciągnąłem w nozdrza dym. Anioł pozwoliła mi dwa razy się zaciągnąć, a potem zamknęła szafę z powrotem. Ta odrobina dymu w płucach wzmocniła tylko we mnie potrzebę zapalenia. Dopiero teraz czułem, jak bardzo chce mi się palić.
Siedziałem w szafie dość długo, nie wiem sam, ile to trwało, ale na tyle długo, by wiele myśli przewinęło się przez moją głowę. Zastanawiałem się, co Anioł tym razem dla mnie przygotowuje. Zastanawiałem się, choć nadal nie umiem tego i tak wyjaśnić, skąd bierze się we mnie ta głęboka potrzeba uległości wobec Niej, odczuwania Jej dominacji, całkowitego podporządkowania się Jej woli; skąd we mnie pragnienie bólu i upokorzenia. Zastanawiałem się, jaka jej granica tej mojej uległości i nadal tego chyba nie wiem.
Przeszło mi przez myśl, że teraz, gdy jestem związany i zamknięty, Ona może zrobić właściwie wszystko. Może wyjść i zostawić mnie na tak długo, jak zechce. Może zapomnieć o mnie lub celowo udawać, że zapomniała, pozostawiając mnie na cały wieczór, noc, następny dzień. Nie wiedziałem, co dokładnie przygotowana, ale wiedziałem, że mogła przygotować wszystko. Ba! Wiedziałem, że cokolwiek wymyśliła, przyjmę to od Niej.
Przypomniała mi się scena z “Wenus w futrze”. Ufny i oddany mężczyzna pozwala kobiecie się związać, ta zaś ujawnia wtedy okrutną niespodziankę – oto w pokoju ukrywa się jej kochanek, a ona prosi go, by to on wychłostał jej związaną ofiarę. Przeszło mi przez myśl, że teraz przyjąłbym od Anioła i to. Ta myśl mnie przeraziła. Czasem przeraża mnie moja potrzeba uległości. Chyba wciąż nie udało mi się zaakceptować tego w sobie. Choć wcale nie chcę tego w sobie zmieniać.
*
Wbrew temu, co twierdzą niektórzy, pisanie nie jest wcale formą oczyszczenia. Od kilku kropli atramentu problemy w końcu nie znikają. Pisanie wręcz je pogłębia. Jakie to wzniosłe – mieć rozterki, dylematy! Cierpienie uszlachetnia ponoć, więc dzielimy włos na czworo, robimy publiczną wiwisekcję ku uciesze motłochu (tak, to o Tobie, Czytelniku), rozkoszujemy się bólem, każda łza zdaje się cenna i ważna niezwykle dla ludzkości. Nasłuchujemy i czekamy na ból, który zrodzi słowo, co powali na kolana. To chyba już zdrowiej dostać batem po plecach…
*
Spodziewaliście się fabuły? Zawiedliście się. Spodziewaliście się romansu? Nie będzie go. Spodziewaliście się sensu? Marzenia ściętej głowy. Spodziewaliście się przesłania? Nie liczcie na to. Spodziewaliście się zakończenia? No, to je macie.


Posted in
Tags: 





