Namiętnie oglądam ostatnio program “Mam Talent” nadawany przez telewizję TVN. Lubię ten program. To cudowne, że wokół nas żyje tylu pozytywnie zakręconych ludzi, którzy mają jakieś swoje pasje. Dwóch facetów spotyka się regularnie i zamiast pić piwo obaj trenują gimnastykę. Ktoś inny trenuje żonglerkę bezdotykową. Można długo tak wymieniać. Niezależnie od różnych, jak to ładnie określono, kosmitów, którzy się w tym programie pojawiają, to po prostu niesamowite jest oglądać, ile pasji tkwi w ludziach i jak zaskakującymi rzeczami potrafią się zajmować.
W ramach dygresji mogę tylko stwierdzić, że miło zobaczyć w pewnych momentach ciepło, bez wydurniania się, uśmiechniętego Kubę Wojewódzkiego. Ale ja nie o tym chciałem…
Obejrzałem wszystkie odcinki programu i w każdym z nich pojawiały się dzieci. I tu, muszę przyznać, włączała mi się lampka kontrolna. Z jednej strony oczywiście niektóre te występy były nawet fajne, zachwycające i wzruszające. Zapewne wszystkie te dzieci były zachwycone możliwością występu przed kamerami.
A mimo to brzęczał mi jakiś sygnał ostrzegawczy. Miałem takie poczucie, że w pewnym sensie tym dzieciakom dzieje się krzywda. Oglądałem dziewczynkę, skądinąd pięknie śpiewającą piosenkę Niemena, którą mamusia przebrała za “biedną sierotkę po PRLu”. Chłopca, który ładnie tańczył, ale był tak zmanierowany i zarozumiały, że nie dało się na niego patrzeć. Śpiewającego, naprawdę ładnie, patriotyczne pieści chłopca przebranego w za duży mundur ułański. I tak dalej.
Oglądając te dzieci miałem nieodparte wrażenie, że rodzice zaspokajają swoje własne, niespełnione ambicje. W ogóle, oglądając przeróżne programy z udziałem dzieci taką czuję w sobie obawę – że rodzice zarabiają na dzieciach, posługując się nimi, leczą własne kompleksy i realizują swoje niespełnione marzenia. Krótko mówiąc – wykorzystują dzieci. Obserwuję rodziców, którzy wypychają swoje pociechy na castingi do filmów i reklam, do programów i seriali telewizyjnych, wpisują do banków twarzy, wykorzystują do występów (vide Arka Noego) itp. To pchanie dziecka w karierę medialno-showbiznesową, w pracę, bo to przecież jest ciężka praca, to zwykłe zarabianie na dziecku i wykorzystywanie go do pracy.
Człowiek, którego niezwykle cenię, czyli Marek Piekarczyk (dla tych, którzy już nie pamiętają – wokalista zespołu TSA), nazwał to kiedyś – przepraszam za kolokwializm – “sroł-biznesową pedofilią”. Opowiadał, że np. w USA, jeśli dziecko występuje w filmie, czy reklamie, to dostaje za to pieniądze. Trafiają one do funduszu powierniczego, który nimi zarządza. Jeśli rodzic chce coś za nie kupić, to musi udowodnić, że wyda je na coś, co będzie służyło dziecku. Może kupić telewizor, ale do pokoju dziecka. Może wydać je na edukację dziecka. Ale nie wolno rodzicowi zarabiać na swoim dziecku. U nas panuje wolna amerykanka. Może należałoby pomyśleć o wprowadzeniu takiego właśnie prawa?


Posted in
Tags: 





