Konsultacje to nie dyktat

Conference room

Awantury wokół ACTA, ale i rozmaite wcześniejsze starcia internautów z rządem zwróciły moją uwagę na problem konsultacji społecznych. Słowa te były w końcu w ostatnich dniach odmieniane przez wszystkie przypadki. Skądinąd słusznie, bo to, co zrobiło Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, choć formalnie zapewne było poprawne, trudno uznać za rzetelne konsultacje.

Pozwoliłem sobie zatem sięgnąć do definicji. Przytaczam za Wikipedią, ulubionym źródłem wiedzy młodych internautów:

Konsultacja społeczna — instytucja demokracji bezpośredniej (inne instytucje: referendum, inicjatywa ludowa, zgromadzenie ludowe)
Polega na wyrażeniu przez członków zbiorowości opinii w przedstawionej sprawie. Tworzy się w ten sposób dwustronna relacja, powstająca z inicjatywy administracji państwowej. W odróżnieniu od referendum wyniki konsultacji nie sa wiążące dla organów władzy publicznej.

Z kolei Słownik Języka Polskiego PWN definiuje samo słowo konsultacja:

konsultacja

  1. zasięganie opinii u specjalisty lub rzeczoznawcy
  2. udzielanie rad i wyjaśnień przez specjalistę lub rzeczoznawcę
  3. narada specjalistów lub rzeczoznawców w jakiejś sprawie

Zakładam, że w tym przypadku powinniśmy rozpatrywać punkt 1 i 2, z naciskiem na 1.

Bardzo często słyszę takie głosy: “Co to za konsultacje? Przecież pisaliśmy opinie, tłumaczyliśmy, a rząd nas nie posłuchał i zrobił po swojemu”. To absolutne nieporozumienie.

Konsultacje społeczne nie są decydowaniem. Od decydowania jest rząd. To rząd, nie organizacje branżowe, społeczne, czy eksperci uzyskał mandat społeczny w wyborach. Już słyszę tu głosy: “ale poparcie dla rządu spada” albo “z sondaży wynika, że większość społeczeństwa ma inne zdanie w tej materii”. Państwo i jego ustrój opisany w konstytucji są pewną umową społeczną. Umówiliśmy się, że miarodajnym sondażem poparcia są przeprowadzane co 4 lata wybory parlamentarne.

Skoro to rząd ma mandat społeczny wynikający z wyborów, to rząd podejmuje decyzje. I to rząd oczywiście ponosi potem za nie odpowiedzialność. Rolą rządu jest wysłuchać opinii różnych środowisk, przemyśleć je i albo uwzględnić albo odrzucić przy podejmowaniu decyzji. W dobrym tonie jest też wyjaśnienie podjętej decyzji. Ale czy jest to obowiązkiem? Nie dałbym głowy.

To naturalne zjawisko, że jesteśmy przekonani o swojej racji. “Moja racja jest najmojsza” – myślimy i to jest oczywiste. Ale pamiętajmy, że nasi oponenci również są przekonani o swojej racji. Rządzenie to godzenie tych, często całkowicie znoszących się, racji i interesów.

Sztuka to bułka czy nie bułka?

kr051808_010

Jeżeli uznać, że za porozumieniem ACTA stoi idea globalnego ujednolicenia zasad ochrony praw własności intelektualnej, to trudno takiej idei odmówić słuszności. W dobie globalnej gospodarki, w dobie globalnej sieci zróżnicowanie systemów prawnych w obszarze ochrony własności intelektualnej faktycznie bowiem staje się problem, uniemożliwiającym de facto skuteczne przeciwdziałanie nadużyciom.

Problem w tym, jak te prawa mają być uregulowane. I tu tkwi istota problemu.

W wywiadzie dla Krytyki Politycznej Jarosław Lipszyc z Fundacji “Nowoczesna Polska” słusznie zauważa:

ACTA uniemożliwi nam w przyszłości swobodne kształtowanie porządku prawnego dotyczącego własności intelektualnej i praw autorskich. To jest dla mnie klucz do zrozumienia tego, co się dzieje. Istotą ACTA – i dążeń rządu – jest zabetonowanie obecnego systemu tak, że jego zmiana w kierunku innym niż zaplanowany w ACTA będzie w przyszłości niemożliwa. To będzie świetna wymówka, żeby nie rozważać żadnych postulatów reform: nie możemy, bo jesteśmy stroną ACTA. Jedyne, co możemy zmienić, to zwiększyć restrykcje, ściganie, kontrolę, zrezygnować z pośrednictwa sądów.

Obecny system ochrony praw własności intelektualnej jest niewydolny. Widać to wyraźnie. Powstawał w dobie analogowej i nie uwzględnia zmian, jakie się dokonały wraz z upowszechnieniem się technologii cyfrowych i informacyjnych. Potrzebna jest debata o tym, jak chronić własność intelektualną, a jednocześnie chronić prawa konsumentów tej własności. Potrzebne jest szukanie złotego środka. Trudno jednak o taką debatę, gdy z jednej strony mamy wrzaski “jesteście złodziejami, okradacie nas, artystów” (choć często uzasadnione), a z drugiej strony – “należy nam się za darmo, wolność uber alles” i “Komorowski, matole, skąd będziesz ściągał pornole”.

Bułka czy nie bułka?

Kiedy rozmawiamy o problemie piractwa komputerowego ze środowisk artystów słychać głosy w stylu: “Tak, jak nie wolno kraść bułki ze sklepu, tak nie wolno kraść utworu, piekarzowi należy się wynagrodzenie za pracę przy produkcji bułki, tak i nam należy się wynagrodzenie za produkcję sztuki”. To mniej więcej powtarza Zbigniew Hołdys.

Kiedy jednak zaczynamy mówić o podatkach i kosztach uzyskania przychodu, o ubezpieczeniach społecznych, kiedy zaczynamy mówić o wartości dostępu powszechnego do dóbr kultury, to artyści odpowiadają: “O, nie, nie, sztuka to nie jest bułka, to sprawa szczególna, wymagające innego podejścia, artystę trzeba chronić”. Pamiętam spotkanie artystów z premierem Donaldem Tuskiem w programie “Śniadanie mistrzów”, tak właśnie mówił tam ten sam Zbigniew Hołdys.

No, panowie i panie artyści, to wy się zdecydujcie: bułka czy nie bułka? Albo traktujemy kulturę jako dobro rynkowe, dajemy ochronę prawną jak produktowi na półce sklepowej, ale wtedy macie też normalne rynkowe zobowiązania podatkowe, ubezpieczeniowe i inne albo traktujemy kulturę jak dobro wymagające szczególnej ochrony pod względem ekonomicznym, ale wtedy staje się ono dobrem publicznym, bo tę ochronę finansuje się ze środków publicznych. Nie ma wówczas powodu, by podatnik, który na artystę już zapłacić, płacił dodatkowo za dostęp do dzieła wytworzonego za te pieniądze.

Każde z rozwiązań ma swoje wady i zalety, ale nie można zjeść ciastka i mieć ciastko. Ja osobiście skłaniam się do podejścia rynkowego.

Sampling sztuki

Bardzo częstym argumentem, który słyszę ze strony “otwartościowców” jest to, że osoby, które najaktywniej korzystają z udostępnionych w sieci, również nielegalnie, dóbr kultury, np. poprzez ściąganie muzyki, oglądanie nielegalnie udostępnionych teledysków czy koncertów, to są te osoby, które równocześnie najaktywniej kupują dobra kultury. I jestem skłonny w to uwierzyć.

Przesłucham płytę, czy kilka piosenek w internecie, jeśli mi się spodoba, to ją kupię, zapłacę, artysta zarobi. A może kupię też bilet na koncert albo koszulkę. I znów artysta zarobi. Zapewne tak to często działa. Ale nie zawsze – sporo ludzi ściąga i nie kupuje. Czyli artysta traci. Ale o nich na razie zapomnijmy – oni i tak by nie zapłacili.

W marketingu bardzo często stosuje się taki instrument jak sampling, czyli obdarowywanie potencjalnego klienta darmowymi próbkami produktu w nadziei, że zechce on potem ten produkt kupić. Idziemy do hipermarketu, a tam miła hostessa częstuje nas jogurtem, kupujemy gazetę, a do niej dołączone jest małe opakowanie szamponu. W perfumerii mogę popsikać się perfumami z testera i sprawdzić, czy mi odpowiadają. Tyle że to jest decyzja producenta, czy z tego narzędzia zechce skorzystać. Jeśli wejdę do tego hipermarketu, otworzę sobie stojący na półce jogurt i spróbuję, czy mi smakuje, zostanę uznany za złodzieja. Artysta ma prawo udostępnić próbkę swojej twórczości za darmo w nadziei, że zachwycony klient kupi potem właściwe dzieło. Ma prawo, ale nie ma obowiązku. Jeśli klient sam sobie bierze, to jest tak samo złodziejem, jak ten, który otwiera i zjada jogurt w markecie, nie płacąc za niego.

Trzeba jednak zaznaczyć ponownie – takie podejście ma sens wtedy, gdy traktujemy kulturę jako produkt rynkowy, a nie dobro publiczne. Jeśli już zapłaciłem za jogurt, to mogę go sobie jeść.

Swoboda kształtowania cen

Bardzo często słyszę argument, że płyty czy książki są za drogie. Tanie nie są, oczywiście. Ale czy za drogie?

Jeśli chcę kupić jeansy, mogę kupić markowe od Armani Jeans za 1.200 zł, mogę kupić markowe, ale z niższej półki, np. od Levisa za 350 zł, mogę też pójść do H&M i kupić za 100 zł albo udać się do sklepu z używaną odzieżą i zapłacić 20 zł. W zależności od tego, ile jestem skłonny i jestem w stanie wydać, podejmuję decyzję o zakupie. Nie idę jednak do salonu Armaniego i nie domagam się wydania jeansów za 20 złotych. Nie biorę ich też za darmo, bo mi się należą. Jeśli uznaję, że coś jest za drogie, nie kupuję lub szukam tego w tańszym sklepie.

Jeśli jednak artyści chcą być traktowani jak osoby tworzące dobro narodowe, publiczne i chcą szczególnych regulacji podatkowych, w zakresie ubezpieczeń społecznych, czy wręcz – dotowania ich ze środków publicznych, czyli z kieszeni podatników, to wybierają model cenowy pt. “szwedzki stół”, czyli “płacisz raz i jesz, ile chcesz”. Nie mają wówczas moralnego prawa domagać się, by płacić im dodatkowo.

Każdy wybór ma swoje konsekwencje.

Swoboda dystrybucji

Bardzo często słyszę głosy, że dystrybucja muzyki poprzez płyty CD dostępne w sklepach jest niesatysfakcjonująca, bo klient chce kupić jedną piosenkę przez internet.

Warto jednak pamiętać, że dziełem może być cała płyta, a nie pojedyncza piosenka (np. album “The Snow Goose” grupy Camel, czy “Misplaced childhood” Marillion –  polecam!). Czasem kupuję całą gazetę, choć tak naprawdę interesuje mnie w niej jeden tekst. Od decyzji wydawcy zależy, czy umożliwi mi zakup jednego tekstu online. Jeśli nie umożliwi, mogę dojść do wniosku, że szkoda mi pieniędzy na całe wydanie. To jego wybór. Jeśli uznam, że jestem skłonny zapłacić za całą gazetę, choć poza tym jednym artykułem nic mnie w niej nie ciekawi, to z kolei mój wybór.

Artysta, jak każdy inny producent dóbr, ma prawo wybrać sposób dystrybucji swojego towaru. My, klienci, możemy tego wyboru nie zaakceptować i nie kupić. Jeśli artysta będzie się upierał przy nieodpowiedniej cenie czy nieodpowiednim kanale dystrybucji, to po prostu straci klientów, a my wybierzemy innego dostawcę dóbr. Brutalne prawo rynku.

Ale znów: jeżeli ów artysta wcześniej wziął od nas pieniądze, bo korzystał ze środków publicznych w dowolnej postaci, to wtedy ma się dostosować do nas, bo, biorąc pieniądze z naszych podatków, już wcześniej zawarł z nami de facto umowę.

Swoboda tworzenia produktu kulturowego

Artyści bardzo często powtarzają, że trzeba wspierać kulturę niszową, że to, co się sprzedaje to papka, itd. Pewnie faktycznie to, co się sprzedaje, to papka. Ale ja jako klient, który płaci, czy to w sklepie przy modelu rynkowym, czy to w podatkach przy modelu ochronnym, mam prawo wybierać, za co chcę płacić. Jeśli lubię papkę, to płacę za papkę. Jeden lubi wykwintną restaurację, drugi bar McDonald’s. Właściciel wykwintnej i drogiej restauracji specjalizującej się w daniach z owadów latających nie może jednak mieć pretensji do klientów o to, że wybierają coś innego. Takie ich prawo. Mógł zostać franszyzobiorcą McDonald’s, wolał realizować swoje kulinarne fantazje, dokonał wyboru, ponosi konsekwencje. Proste.

Oczywiście, bardzo bym sobie życzył, by większość ludzi słuchała metalu gotyckiego i uwielbiała pasjami muzykę Nanemah (tak, tak, dla tych dociekliwych demaskatorów, to mój projekt muzyczny). Ale większość, skubana, woli jakoś Lady Gagę i Dodę. (To ci ambitniejsi). A niektórzy nawet wolą Bayer Full. I nie ma powodu, żebym się o to obrażał. Mogę zacząć grać disco polo, jeśli chcę zarabiać dobre pieniądze. A mogę tych pieniędzy nie zarabiać, ale za to realizować swoje artystyczne pomysły. Mój wybór.

A jeśli twórca ma być dofinansowywany ze środków publicznych, to – prawdę mówiąc – tym bardziej ma tworzyć to, co ludziom się podoba. Ja wiem, że Sztuka Wielka to taka, której nikt nie chce. Ale skoro nie chce, to niech za to nie płaci. I tak, wiem, to oznacza, że wiele wybitnych dzieł nie powstanie. Ale jeśli nie powstaną, to znaczy, że artystom zabraknie samozaparcia i motywacji. Czyli nie warto w nich inwestować.

Trudno mi bowiem z drugiej strony wyobrazić sobie komisję, która będzie decydowała, co jest, a co nie jest Wielką Sztuką, bo trudno tu o obiektywne kryteria oceny. A takie powinny obowiązywać przy podejmowaniu decyzji na temat środków publicznych.

Otwarte zasoby

Mam świadomość, że nie da się zapewne doprowadzić do sytuacji czystej – albo wariant ochronny albo rynkowy i konieczne jest rozwiązanie mieszane. Absolutnie niezbędnym, bo wynikającym po prostu ze zdrowego rozsądku, jest moim zdaniem uznanie, że – jak to powiedział kiedyś premier Donald Tusk – “to, co zostało wytworzone za publiczne pieniądze, powinno być publicznie dostępne”. Jeżeli przyjmujemy, że mogą być jakiekolwiek formy dofinansowywania artystów, czy to poprzez dotacje instytucji publicznych czy poprzez przywileje prawne, to wszystkie dzieła artystów, którzy z tych środków korzystają, powinny z mocy prawa należeć do domeny publicznej.

Dozwolony użytek

To, o czym koniecznie należy pamiętać, to obszar tzw. dozwolonego użytku. Większość ludzi nie zna zapisów Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Wydawcy gier, programów, filmów, płyt i muzyki bezwzględnie to wykorzystują, ograniczając nam możliwość legalnego korzystania z zakupionych przez nas dóbr. I tu, uważam, potrzebna jest aktywizacja konsumentów, ich edukowanie, by świadomie korzystali z przysługujących im praw, a w przypadku ich naruszania – dochodzili swoich racji w sądach.

Jeśli wydawca gry wmawia nam, że nie wolno nam wykonać kopii, jeśli wydawca płyty twierdzi, że nie wolno nam przegrać zakupionej muzyki na ipoda, a wydawca książki, że nie możemy jej pożyczyć koledze, to należy pozwać ich, bo wprowadzają nas błąd i poprzez jego wyzyskanie próbuje doprowadzić nas do niekorzystnego rozporządzania naszym mieniem. I tu rozwiązaniem byłyby zapewne pozwy zbiorowe.

Skoro państwo chce egzekwować prawa posiadaczy własności intelektualnej, to mamy prawo wymagać, by chroniło również prawa nas, konsumentów.

I dlatego na koniec zamieszczam stosowny rozdział z Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. W całości:

Oddział 3
Dozwolony użytek chronionych utworów

Art. 23. 1. Bez zezwolenia twórcy wolno nieodpłatnie korzystać z już rozpowszechnionego utworu w zakresie własnego użytku osobistego. Przepis ten nie upoważnia do budowania według cudzego utworu architektonicznego i architektoniczno-urbanistycznego.
2. Zakres własnego użytku osobistego obejmuje krąg osób pozostających w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub stosunku towarzyskiego.

Art. 24. 1. Wolno rozpowszechniać za pomocą anteny zbiorowej oraz sieci kablowej utwory nadawane przez inną organizację radiową lub telewizyjną drogą satelitarną albo naziemną, jeżeli następuje to w ramach równoczesnego, integralnego i nieodpłatnego rozpowszechniania programów radiowych lub telewizyjnych i przeznaczone jest do oznaczonego grona odbiorców znajdujących się w jednym budynku lub w domach jednorodzinnych obejmujących do 50 gospodarstw domowych.
2. Posiadacze urządzeń służących do odbioru dźwięku lub dźwięku i obrazu mogą za ich pomocą odbierać nadawane utwory, choćby urządzenia te były umieszczone w miejscu ogólnie dostępnym, jeżeli nie łączy się z tym osiąganie korzyści majątkowych.
3. Z zastrzeżeniem przepisu ust. 1, operatorom sieci kablowych wolno rozpowszechniać utwory nadawane przez inne organizacje radiowe lub telewizyjne dostępne na danym obszarze, jeżeli rozpowszechnianie w sieciach kablowych ma charakter równoczesny i integralny z nadaniem pierwotnym. Uprawnionym do utworów przysługuje prawo do wynagrodzenia.

Art. 25. 1. Wolno rozpowszechniać w celach informacyjnych w prasie, radiu i telewizji:
1) już rozpowszechnione:
a) sprawozdania o aktualnych wydarzeniach,
b) aktualne artykuły na tematy polityczne, gospodarcze lub religijne, chyba że zostało wyraźnie zastrzeżone, że ich dalsze rozpowszechnianie jest zabronione,
c) aktualne wypowiedzi i fotografie reporterskie,
2) krótkie wyciągi ze sprawozdań i artykułów, o których mowa w pkt 1 lit. a) i b),
3) przeglądy publikacji i utworów rozpowszechnionych,
4) mowy wygłoszone na publicznych zebraniach i rozprawach; nie upoważnia to jednak do publikacji zbiorów mów jednej osoby,
5) krótkie streszczenia rozpowszechnionych utworów.
2. Za korzystanie z utworów, o których mowa w ust. 1 pkt 1 lit. b) i c), twórcy przysługuje prawo do wynagrodzenia.
3. Rozpowszechnianie utworów na podstawie ust. 1 jest dozwolone zarówno w oryginale, jak i w tłumaczeniu.

Art. 26. Wolno w sprawozdaniach o aktualnych wydarzeniach przytaczać fragmenty utworów udostępnianych podczas tych wydarzeń, jednakże w granicach uzasadnionych celem informacji.

Art. 27. Instytucje naukowe i oświatowe mogą, w celach dydaktycznych lub prowadzenia własnych badań, korzystać z opublikowanych utworów w oryginale i w tłumaczeniu oraz sporządzać w tym celu egzemplarze fragmentów opublikowanego utworu.

Art. 28. Biblioteki, archiwa i szkoły mogą:
1) udostępniać nieodpłatnie, w zakresie swoich zadań statutowych, egzemplarze utworów opublikowanych,
2) sporządzać lub zlecać sporządzenie pojedynczych egzemplarzy utworów opublikowanych, niedostępnych w handlu – w celu uzupełniania, ochrony swoich zbiorów i nieodpłatnego ich udostępniania.

Art. 29. 1. Wolno przytaczać w utworach stanowiących samoistną całość urywki rozpowszechnionych utworów lub drobne utwory w całości, w zakresie uzasadnionym wyjaśnianiem, analizą krytyczną, nauczaniem lub prawami gatunku twórczości.
2. Wolno w celach dydaktycznych i naukowych zamieszczać rozpowszechnione drobne utwory lub fragmenty większych utworów w podręcznikach i wypisach.
3. W przypadkach, o których mowa w ust. 2, twórcy przysługuje prawo do wynagrodzenia.

Art. 30. 1. Ośrodki informacji lub dokumentacji naukowo-technicznej mogą sporządzać i rozpowszechniać własne opracowania dokumentacyjne oraz pojedyncze egzemplarze, nie większych niż jeden arkusz wydawniczy, fragmentów opublikowanych utworów.
2. Twórca albo właściwa organizacja zbiorowego zarządzania prawami autorskimi lub prawami pokrewnymi jest uprawniona do pobierania od ośrodków, o których mowa w ust. 1, wynagrodzenia za odpłatne udostępnianie egzemplarzy fragmentów utworów.

Art. 31. Wolno nieodpłatnie wykonywać publicznie opublikowane utwory literackie, muzyczne i słowno-muzyczne, jeżeli nie łączy się z tym osiąganie korzyści majątkowych. Dotyczy to w szczególności okazjonalnego wykonywania na żywo, związanego ze sprawowaniem kultu religijnego, uroczystościami państwowymi, szkolnymi, obchodami i imprezami powszechnie dostępnymi, z wyłączeniem jednak imprez reklamowych, promocyjnych i wyborczych.

Art. 32. 1. Właściciel egzemplarza utworu plastycznego może go wystawiać publicznie, jeżeli nie łączy się z tym osiąganie korzyści majątkowych.
2. W razie podjęcia decyzji o zniszczeniu oryginalnego egzemplarza utworu plastycznego znajdującego się w miejscu publicznie dostępnym, właściciel jest obowiązany złożyć twórcy utworu lub jego bliskim ofertę sprzedaży, jeżeli porozumienie się z nim, celem złożenia oferty, jest możliwe. Górną granicę ceny określa wartość materiałów. Jeżeli sprzedaż nie jest możliwa, właściciel jest obowiązany umożliwić twórcy sporządzenie kopii bądź – zależnie od rodzaju utworu – stosownej dokumentacji.

Art. 33. Wolno rozpowszechniać:
1) utwory wystawione na stałe na ogólnie dostępnych drogach, ulicach, placach lub w ogrodach, jednakże nie do tego samego użytku,
2) utwory wystawione w publicznie dostępnych zbiorach, takich jak muzea, galerie, sale wystawowe, lecz tylko w katalogach i w wydawnictwach publikowanych dla promocji tych utworów, a także w sprawozdaniach o aktualnych wydarzeniach w prasie i telewizji, jednakże w granicach uzasadnionych celem informacji,
3) w encyklopediach i atlasach – opublikowane utwory plastyczne i fotograficzne, o ile nawiązanie porozumienia z twórcą celem uzyskania jego zezwolenia napotyka trudne do przezwyciężenia przeszkody. Twórcy przysługuje wówczas prawo do wynagrodzenia.

Art. 34. Można korzystać z utworów w granicach dozwolonego użytku pod warunkiem wymienienia twórcy i źródła. Twórcy nie przysługuje prawo do wynagrodzenia, chyba że ustawa stanowi inaczej.

Art. 35. Dozwolony użytek nie może naruszać normalnego korzystania z utworu lub godzić w słuszne interesy twórcy.

Myśli kilka wokół ACTA, lecz nie o ACTA

acta1

Dyskusja, choć moim zdaniem od początku ataków na rządowe serwery trudno już określać to mianem dyskusji, wokół porozumienia ACTA nasunęła mi kilka myśli ogólniejszych, którymi chciałbym się podzielić. Nie zamierzam tu dyskutować o samym ACTA, są wszak inne miejsca w sieci, rzetelnie prezentujące argumenty (acz radzę przejrzeć kilka źródeł, zarówno popierających, jak i sprzeciwiających się porozumieniu). Nie zamierzam też dyskutować o atakach na serwery rządowe i komputery członków rządu, bo o tym już pisałem wcześniej.

Alegalizm opinii publicznej

Bardzo często czytam w ostatnich dniach peany na cześć, pożal się B.że, hackerów z grupy Anonymous, którzy przyznają się do ataków DDOS, czyli przeciążania serwerów rządowych oraz grupy Polish Underground, która podpisała się pod włamaniem na stronę premiera. I muszę przyznać, że te powszechne peany mnie przerażają.

Pozwolę sobie przytoczyć stosowny artykuł z Kodeksu karnego:

Art. 268. § 1. Kto, nie będąc do tego uprawnionym, niszczy, uszkadza, usuwa lub zmienia zapis istotnej informacji albo w inny sposób udaremnia lub znacznie utrudnia osobie uprawnionej zapoznanie się z nią,

podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
§ 2. Jeżeli czyn określony w § 1 dotyczy zapisu na informatycznym nośniku danych, sprawca
podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
§ 3. Kto, dopuszczając się czynu określonego w § 1 lub 2, wyrządza znaczną szkodę majątkową,
podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§ 4. Ściganie przestępstwa określonego w § 1-3 następuje na wniosek pokrzywdzonego.

Szacowni “hackerzy” (używam określenia w rozumieniu potocznym) nie są żadnymi bojownikami, tylko pospolitymi przestępcami. I jak pospolici przestępcy powinni zostać potraktowani. To, co mnie jednak zasmuca i napawa obawą, to powszechna radość z ich działań. Świadczy ona bowiem z jednej strony dla powszechnego braku szacunku wobec prawa, lojalności wobec swojego państwa oraz hipokryzji. Ci sami, tak radujący się ludzie, również szefowie poważnych organizacji, pomstowaliby, gdyby w ten sposób zaatakowano ich lub – gdyby na czele rządu stał polityk, którego popierają.

Za naszą wolność, ale już nie waszą.

Trwająca od kilku dni awantura wokół ACTA, bo debatą trudno to nazwać, wskazuje, że jako społeczeństwo nie umiemy dyskutować ani się spierać. I przede wszystkim – nie umiemy się różnić. Słyszę argumenty o tym, że walczymy o wolność słowa. Jeśli jednak ktoś skorzysta z tej wolności nie tak, jak byśmy chcieli, wypowiadając poglądy, z którymi się nie zgadzamy, będziemy go natychmiast niszczyć.

Tu chciałbym publicznie przeprosić Zbyszka Hołdysa, którego lubię i szanuję. Nie zgadzam się z nim w sprawie ACTA. Ale nie zgadzam się na obrzucanie go łajnem zewsząd za to, że ma inne niż przeciwnicy ACTA poglądy. A przepraszam dlatego, że, jak słusznie zauważył sam Zbyszek, ataki na niego zaczęły się po moim wpisie (choć mój akurat atakujący chyba nie był). Wiem, że on sam przeprosin nie oczekuje, dyskutowaliśmy o tym na Twitterze. Ale i tak uważam, że mu się takie publiczne przeprosiny ode mnie należą.

Polecam wszystkim cytat, skądinąd niesłusznie przypisywany Wolterowi, pochodzący z jego fabularyzowanej biografii autorstwa Eveline Beatrice Hall:

Nie zgadzam się z Twoimi poglądami, ale po kres moich dni będę bronił Twego prawa do ich głoszenia.

Coraz częściej obserwuję, i to jest kolejny zasmucający mnie element, że walka trwa o wolność do wygłaszania “jedynie słusznych poglądów”. I ja się na to nie umiem zgodzić. Ja wierzę w wolność słowa rozumianą “wolterowsko”.

Słabość konsultacji społecznych

Sprawa ACTA po raz kolejny wykazała słabość obowiązującego w Polsce systemu konsultacji społecznych. Obecnie polegają one na tym, że minister przygotowujący akt prawny wysyła projekt do kilku, kilkunastu, czy kilkudziesięciu organizacji czy instytucji. Nie wiadomo, jakimi kryteriami kieruje się przy ich wyborze. Ich opinie bardzo często nie są publicznie dostępne. W tym przypadku Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego broni się, twierdząc, że konsultacje społeczne były prowadzone i nie było protestów. No, trudno się dziwić, że ich nie było, jeśli przejrzymy listę owych “konsultantów”:

  1. Business Software Alliance, Sołtysiński, Kawecki & Szlęzak
  2. Federacja Stowarzyszeń Naukowo Technicznych NOT
  3. Fundacja Ochrony Twórczości Audiowizualnej
  4. Krajowa Izba Producentów Audiowizualnych
  5. Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji
  6. Polska Izba Komunikacji Elektronicznej
  7. Polskie Stowarzyszenie Wytwórców Produktów Markowych ProMarka
  8. Stowarzyszenie Aktorów Filmowych i Telewizyjnych SAFT
  9. Stowarzyszenie Architektów Polskich
  10. Stowarzyszenie Artystów Wykonawców Utworów Muzycznych i Słowno-Muzycznych SAWP
  11. Stowarzyszenie Autorów i Wydawców “Polska Książka”
  12. Stowarzyszenie Autorów ZAiKS
  13. Stowarzyszenie Dystrybutorów Programów Telewizyjnych “SYGNAŁ”
  14. Stowarzyszenie Filmowców Polskich
  15. Stowarzyszenie Ochrony Własności Przemysłowej
  16. Stowarzyszenie Polski Rynek Oprogramowania PRO
  17. Stowarzyszenie Twórców Ludowych
  18. Stowarzyszenie Wydawców REPROPOL
  19. Stowarzyszenie Zbiorowego Zarządzania Prawami Autorskimi Twórców Dzieł Naukowych i Technicznych KOPIPOL
  20. Telewizja POLSAT S.A.
  21. Telewizja Polska S.A.
  22. TVN S.A.
  23. Związek Artystów Scen Polskich ZASP
  24. Związek Artystów Wykonawców STOART
  25. Związek Polskich Artystów Fotografików
  26. Związek Polskich Artystów Plastyków
  27. Związek Producentów Audio Video ZPAV

Minister Bogdan Zdrojewski, minister Michał Boni i premier Donald Tusk nie kłamią: z formalnego punktu widzenia konsultacje społeczne zostały przeprowadzone. Protestujący mają jednak rację – były to konsultacje fikcyjne. Nie umiem ocenić, czy ta fikcyjność wynikała z niewiedzy, głupoty, złych nawyków, czy złej woli urzędników. Niezależnie od przyczyn fikcyjność konsultacji jest jednak faktem.

Ministerstwo Gospodarki prowadzi obecnie pilotażowy program systemu konsultacji online. I tu jest moim zdaniem klucz do unikania w przyszłości takich problemów, jakie mamy w ostatnich dniach. Musimy dążyć do transparentnego otwartego systemu konsultacji społecznych, w których mógłby wziąć udział każdy obywatel i każdy podmiot zainteresowany tematem, a zgłoszone opinie byłyby powszechnie i łatwo dostępne. Zwiększy to poziom partycypacji społecznej, będzie elementem budowania społeczeństwa obywatelskiego i podmiotowości obywateli, a jednocześnie – w moim przekonaniu – stworzy efektywną ochronę przeciwko nieuczciwym działaniom lobbyingowym, czy wręcz korupcyjnym.

Nierzetelność mediów

Na liście podmiotów uczestniczących w konsultacjach społecznych na temat ACTA widnieją TVN S.A., Telewizja Polska S.A., Telewizja Polsat S.A. Tymczasem w tej sprawie media obudziły się dopiero na tydzień przed planowanym podpisaniem porozumienia. Oczywiście mam świadomość, że w konsultacjach uczestniczyły departamenty prawne, a nie dziennikarze, ale wewnątrzkorporacyjny przepływ informacji nie jest moim problemem. To, że temat nie pojawił się wcześniej w przekazach, wynika między innymi z nierzetelności mediów, dla których ACTA jest de facto korzystna, ale też za sprawą słabości merytorycznej dziennikarzy. Większość z nich do dziś nie wie, o co w tym całym zamieszaniu chodzi, co oczywiście nie przeszkadza im brać pieniądze za materiały na ten temat.

Słabość protestujących organizacji

Przeciwko ACTA protestowało wiele organizacji, m.in. Fundacja Panoptykon, Fundacja Nowoczesna Polska, Internet Society Poland. Świetni ludzie: Katarzyna Szymielewicz, Józef Halbersztadt, Jarosław Lipszyc, Piotr VaGla Waglowski, Saper i wielu innych. Naprawdę świetni. Tyle że nikt nie słyszał ich głosu. I do dziś chyba nie słyszy.

Wielokrotnie czytałem w ostatnich dniach, że dzięki Anonymous społeczeństwo usłyszało o problemie. Tak, to prawda. Nie usprawiedliwia to Anonimowych, bo są, co pisałem wcześniej, pospolitymi przestępcami, którzy dorabiają do swoich przestępstw ideologię. Faktem jest jednak, że dopiero od sobotniego wieczoru magiczne 4 literki ACTA są odmieniane przez wszystkie przypadki na ulicach, w domach, w mediach.

Mam świadomość, że to jest temat trudny do rzetelnego wyjaśnienia, że media nie pomagały, i tak dalej, i tak dalej. Ale organizacje pozarządowe mają być skuteczne. A nie są. Trzeba było bandy popełniających przestępstwa dzieciaków, żeby uzyskać rozgłos, którego aktywiści pozarządowi zbudować nie umieli. A przecież – nie oszukujmy się – opowieść o międzynarodowym porozumieniu rządów i korporacji, które chcą tłamsić wolność zwykłych ludzi, jest opowieścią atrakcyjną medialnie.

Słabość aktywistów wyraża się również w tym, że nie są w stanie zagospodarować energii społecznej, która niewątpliwie się wytworzyła. Przez polskie strony przelała się fala amoku. Ludzie wklejają obrazki, piszą “Stop ACTA”, “jebać rząd”. Ale nadal nie wiedzą, o co w ogóle chodzi. Pokrzyczą, pourągają rządzącym, Hołdysowi, niektórzy i mi. A za chwilę zapomną. Wrócą do swoich spraw. Nic z tego nie zostanie na dłużej. Nie będzie wielkiej społecznej zmiany. Masy tak mają, podrywają się i zapał gaśnie, jeśli się nim nie zarządza.

Ryzyko zniszczenia dialogu

Wbrew pozorom nakręcić spiralę emocji społecznych nie jest tak trudno. Nie jest wcale też tak trudno wyprowadzić ludzi na ulicę. Potrafi to każdy średnio rozgarnięty demagog. Jarosław Kaczyński robi to, co miesiąc. W sprawie ACTA udało się nakręcić taką spiralę emocji, która przeradza się w spiralę gniewu i agresji, co widać we wpisach. Wywalić w kosmos dowolny serwer atakiem typu DDOS może nawet mniej niż średnio rozgarnięty dzieciak z gatunku tzw. script kiddies.

Warto jednak pamiętać, że głos ulicy to głos radykalny, a łaska ludu na pstrym koniu jedzie.

Jarosław Kaczyński, choćby chciał (a pewnie nie chce), nie może nagle odrzucić sprawy smoleńskiej, bo stał się zakładnikiem swoich zwolenników. Niezadowoleni, oburzeni, anonimowi, czy nieanonimowi, nie wybaczają swoim liderom pójścia na kompromis, traktując to jako zdradę. Radzę o tym pamiętać. Proponuję przypomnieć sobie, jak odsądzano w sieci od czci i wiary uczestników i organizatorów słynnego pierwszego spotkania premiera z internautami.

Tymczasem w moim przekonaniu największą wartością, jaka została po tamtym spotkaniu, jest właśnie dialog. Pierwszy raz rządzący usiedli do stołu i podjęli dialog z obywatelami, którzy dialogu się domagali. Bez palenia opon i rzucania jajkami czy farbą w rządowe budynki. A te ataki na strony rządowe to nic innego jak wirtualne rzucanie jajkami i farbą. Można. Tylko po co?

Proszę mi przypomnieć innego premiera, który chciał spotykać się ze środowiskiem internautów i delegował do rozmów swojego najbliższego współpracownika, nadając temu dialogowi wysoką rangę.

To, czego się obawiam, to tego, że z jednej strony tzw. stronie społecznej będzie teraz trudniej usiąść do rozmów z rządem, szukać kompromisów, bo – słusznie skądinąd – jej przedstawiciele będą obawiali się, że ulica ich wyklnie, a z drugiej strony – że ochota rządu do tego dialogu będzie mniejsza. Oby tak się nie stało.

Postscriptum nr 1:

Zamieszanie wokół ACTA wskazuje na konieczność poważnej debaty o nowym podejściu do ochrony praw własności intelektualnej, w tym praw autorskich. Ale o tym napiszę osobno.

Postscriptum nr 2:

Jakiś dzielny aktywista odkrył i zdemaskował mnie na Twitterze. Napisał, że Jakub Śpiewak to Nanemah. Gratuluję dociekliwości i odsyłam do mojego tekstu “Nie jestem pomnikiem“.

Powered by WordPress | Designed by: All Premium Themes Online. | Thanks to Top Bank Free Premium WordPress Themes, wordpress themes 2012 and Premium Themes